„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Klawiatura mechaniczna – rozkosz z każdej naduszonej literki

CM Storm Quickfire XT (CHERRY MX BLUE) - moje nowe narzędzie pracy.

CM Storm Quickfire XT (CHERRY MX BLUE) – moje nowe narzędzie pracy.

(Otóż, będzie to wpis dla ludzi piszących. Niepiszący nie znajdą tu niczego ciekawego.)

Zastanawialiście się kiedyś, ile razy uderzyliście palcem w klawisz komputerowej klawiatury? Ile literek w życiu wklepaliście w komputer? Ile dupo-godzin przesiedzieliście przed monitorem oraz klawiaturą właśnie? Czy klepanie literek na klawiaturze było miłe? Czy spotkanie waszego wszystko-jedno-którego paluszka z klawiszem dało wam jakąś, minimalną chociaż, zmysłową satysfakcję?

Dziwne pytania. Ale istotne dla piszących nałogowo.

Bardzo szacunkowo, lekką ręką i bardzo na oko oceniam, że mogłem do tej pory wklepać pomiędzy 3 a 4 miliony literek. Tyle mniej więcej razy każdy z moich paluszków spotkał się z klawiszem jednej z licznych klawiatur, które dotykałem na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.

Tylko niektóre z tych klawiatur sprawiały mi frajdę przy dotykaniu. Jeśli siedzicie właśnie przy komputerze z „japkiem” w logo albo przy laptopie typu ThinkPad, to wiecie, o co chodzi. Wiecie, co to jest NIEZŁA klawiatura.

A czy wiecie, co to jest ŚWIETNA klawiatura? Jak dotyka się GENIALNEJ klawiatury? Jak odpowiada na muśnięcia palców naprawdę ZAJEBISTA, mechaniczna klawiatura komputerowa za co najmniej 300 złotych?

Właśnie na takiej klawiaturze teraz do Was piszę.

W wieku 46 lat postanowiłem sobie zrobić prezent i kupiłem pierwsze w życiu porządne narzędzie pracy pisarskiej. Oczywiście wcześniej zdarzało mi się pisać na klawiaturach ThinkPad’owych i kiedy przesiadałem się na jakieś tanie, membranowe badziewia, zaraz zaczynałem tęsknić. Choć nie do końca zdawałem sobie sprawę, za czym. Nie oszukujmy się, odkąd w naszej wersji kapitalizmu TANIOŚĆ zatriumfowała nad JAKOŚCIĄ, klawiatury komputerowe przestały dostarczać piszącym dotykowych rozkoszy. Ludzie w ogóle przestali zwracać uwagę na klawiaturę – wystarczyła jakakolwiek. Całe pokolenia wyrosły, nie zdając sobie sprawy, czym jest prawdziwa komputerowa KLAWIATURA MECHANICZNA.

No właśnie, czym jest?

Otóż to klawiatura, w której pod każdym klawiszem jest oddzielny, wysokiej klasy miniaturowy przełączniczek. Takie klawiatury robiono w latach 70. i 80. dwudziestego wieku do ówczesnych elektrycznych maszyn do pisania. Taką klawiaturę dołączyła firma IBM do swojego legendarnego już pierwszego komputera PC.

Potem nadeszła TANIOŚĆ i wymyślono klawiaturę membranową. Wszyscy natychmiast w orgii taniości zapomnieli o klawiaturach mechanicznych.

Czym się różni membranowa od mechanicznej?

Nie będę się tu wdawał w dywagacje techniczne, bo każdy już dzisiaj umie używać wujka gugla i niech sobie szuka sam. W skrócie powiem, że w klawiaturach membranowych trzeba nacisnąć klawisz „do dna”, żeby pojawiła się literka. I koniec. Trzeba po prostu walić w klawisze.

W klawiaturach mechanicznych wyposażonych w przełączniki „Cherry MX Blue” operacja stawiania literki jest dużo bardziej wyrafinowana – lekkie naciśnięcie klawisza powoduje dźwiękowy „klik”, połączony z odpowiedzią czuciową klawisza na palec i jednoczesnym postawieniem literki. Można sobie potem dalej wciskać lawisz do końca, ale po co? Z czasem palce przyzwyczajają się do „kliku” informującego je o postawieniu literki i pisanie staje się dużo szybsze, łatwiejsze, przyjemniejsze, bardziej precyzyjne, intuicyjne i wypasione.

Zaczynałem pisać moje scenariusze i treatmenty na staromodnej maszynie mechanicznej. Potem kupiłem sobie elektryczną maszynę do pisania. Potem przyszła era komputerów i wszechobecnej TANIOŚCI. Teraz kupiłem klawiaturę mechaniczną i wspomnienia wróciły. Wrócił tamten dotyk, tamten dźwięk, tamta sprężystość pod palcami. Pisanie nie jest tylko czynnością intelektualną. Pisanie to doświadczenie zmysłowe, dotykowe, to fizyczny kontakt z urządzeniem piszącym. Dla kogoś, kto pisze dużo, często i intensywnie, to musi mieć znaczenie.

A jak to się stało, że drogie, mechaniczne klawiatury rodem z szalonych lat osiemdziesiątych XX wieku wróciły teraz i znowu można je kupić w komputerowych sklepach pełnych taniochy?

Wcale nie z powodu pisarzy, dramaturgów, scenarzystów, dziennikarzy, redaktorów i tłumaczy. Te grupy zawodowe nie mają takiej mocy sprawczej. Mają ją gracze komputerowi. To bardzo ciekawa grupa ludzi, którzy przywiązują absurdalnie wielką wagę do używanego sprzętu. A klawiatura dla nałogowego gracza w komputerowe gry jest szczególnie ważna.

Mechaniczne klawiatury wymyślone kiedyś dla ludzi piszących zawodowo, teraz zabijają smoki, walczą z uzbrojonymi oddziałami terrorystów i sterują czołgami, śmigłowcami oraz artylerią walczącą zawsze po właściwej stronie. Z mechanicznej klawiatury lepiej się strzela niż z membranowej i to jest najlepszy dowód na wyższość JAKOŚCI nad TANIOŚCIĄ ;-)

No więc, z tego miejsca, chciałbym bardzo serdecznie podziękować graczom komputerowym za spowodowanie powrotu z zaświatów wysokiej jakości klawiatur mechanicznych. Genialnie mi się pisało ten wpisik dzięki Wam.

(Ten wpis nie jest przez nikogo sponsorowany. Nie prowadzę takiej działalności. Zawsze sam płacę za rzeczy, których używam. Jeśli coś tutaj chwalę, to tylko za darmo, bezinteresownie, z przekonania i z czystego serca.)


Znacie jakiś lepszy plener filmowy od Polski?

Hobbit

Czytam, że w Chorwacji powstają specjalne trasy wycieczkowe śladami lokacji kręconej tam niedawno „Gry o Tron”. Turyści i fani z całego świata dowiedzieli się właśnie ze swoich telewizorów, że istnieje taki mały kraik na Bałkanach jak Chorwacja, że ich ukochany serial właśnie tam był kręcony i że na pewno warto tam pojechać, żeby zobaczyć zachwycający Dubrownik, historyczny Split, dzikie wyspy na Adriatyku, wspaniałe góry, potoki i urwiska.

Nie muszę chyba wyjaśniać, jak dochodową gałęzią gospodarki może być turystyka, jeśli tylko dany kraj potrafi się tym fachowo zająć. Chorwacja ewidentnie potrafi. Fani „Gry o Tron” walą tam drzwiami i oknami i oglądają na żywo to, co wcześniej zobaczyli w serialu. Kasa na pewno się zgadza.

W innym miejscu ziemskiego globu, na kompletnym, siwym zadupiu, gdzie nawet samolotem leci się tygodniami, jacyś mądrzy ludzie u władzy wpadli na pomysł, żeby sprowadzić filmowców. I tak na Nową Zelandię przyjechali ludzie z Hollywood. Popatrzyli, pozwiedzali, zrobili sporo fotek i stwierdzili, że szkoda takich krajobrazów wyłącznie dla baranów, które się tam pasą. Dogadali się z sensownym miejscowym rządem i zaczęli kręcić. Powstał „Hobbit” i „Avatar”.

A ponieważ się udało, to James Cameron znowu poleciał do Nowej Zelandii i znowu spotkał się z tamtejszym rządem. Pogadali, ponegocjowali i uzgodnili, że kolejne trzy odcinki przebojowej serii filmowej „Avatar” powstaną właśnie w lokacjach nowozelandzkich.

Oczywiście produkcja dostała spore ulgi inwestycyjne, ale rząd już wiedział, że to złoty interes, bo po serii Petera Jacksona turystyka w kraju EKSPLODOWAŁA. Z pomocą kolejnych „Avatarów” mogło być tylko lepiej. A ulgi dla filmowców okazały się najlepszą i najtańszą INWESTYCJĄ państwa w turystykę, jaką sobie można wyobrazić.

A jak jest u nas w Polsce?

Jest pięknie!

Polska to LOKACYJNY RAJ dla każdego filmowca. Mamy właściwie każdy rodzaj pleneru z wyjątkiem tropikalnego. Wszystkie swoje filmy (z małymi wyjątkami) nakręciłem w Polsce, zjeździłem mój kraj wzdłuż i wszerz i widziałem WSZYSTKO. Nowa Zelandia i Chorwacja się chowają!

Mamy każdy rodzaj lokacji dzikiej, krajobrazowej. Mamy wspaniałe, dziewicze góry w każdym rozmiarze, kolorze i charakterze. Mamy każdy rodzaj lasu i malowniczej puszczy. Ostatnie fragmenty prastarej puszczy europejskiej zachowały się właśnie u nas. Mamy zapierające dech w piersiach pojezierza, unikalne ekosystemy rzeczne i bagienne. Mamy zupełnie niezwykłe lokacje morskie. Nasze plaże należą do najbardziej malowniczych i fotogenicznych na świecie. Zespół wydm w okolicach Łeby może spokojnie grać w filmie piaszczystą pustynię arabską.

Dysponujemy właściwie każdym rodzajem pleneru miejskiego. Do wyboru do koloru – mamy lokacje średniowieczne, renesansowe, mamy urokliwe małe miasteczka w dowolnym charakterze, mamy też już spory wybór ultranowoczesnej architektury wielkomiejskiej, w której można by udawać Nowy Jork, Tokio czy inne dowolne miasto na świecie. Mamy hanzeatycki Gdańsk, średniowieczny Toruń i zupełnie zaczarowany Kraków. Mamy zamki, dwory, fortyfikacje, mosty, latarnie morskie, górskie szczyty, urwiska, drogi nad przepaścią i całą masę innych smakowitych obiektów, które tak lubią filmowcy.

Mamy też od całkiem niedawna coś zupełnie unikalnego. Mamy INFRASTRUKTURĘ, która spina całą tę mnogość obiektów w jeden wielki plener filmowy. Cała Polska to wspaniały, różnorodny i kompletny plan filmowy. Wszędzie już są drogi, lotniska i porządne hotele.

Dlaczego zatem James Cameron musi się tłuc w niewygodnym samolocie do jakiejś odległej Nowej Zelandii, skoro tutaj, w środku Europy ma plener dużo ładniejszy, bardziej różnorodny, wygodniejszy i prawie jeszcze nieobfotografowany?

Dlaczego!? Pytam się: dlaczego nie u nas?

Otóż dlatego, że nasza władza ma w dupie taki interes.

Jakiś czas temu jednym pociągnięciem legislacyjnego pióra zniesiono możliwość ulg dla zagranicznych superprodukcji, owatowano film i koniec. Spokój. Można iść na wino do najdroższej warszawskiej knajpy za pieniądze zdumionych podatników.

Z drugiej strony udziela się sporych ulg inwestycyjnych dla przemysłu i handlu, tworzy się specjalne strefy ekonomiczne dla obcego kapitału, daje się ulgi podatkowe wszystkim, tylko nie zagranicznym superprodukcjom filmowym.

Dlaczego?

Nie mam zielonego pojęcia.

Superprodukcje kręcone w Nowej Zelandii stworzyły w kilka lat nową, bardzo dochodową gałąź gospodarki, której wcześniej tam nie było. Wcześniej turyści z całego świata tam nie przyjeżdżali, bo nie wiedzieli po co. Dzięki Peterowi Jacksonowi i Jamesowi Cameronowi już wiedzą.

Czy ten argument nie przemawia do naszych rządzących? Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby „Gra o Tron”, „Hobbit” czy „Avatar” były kręcone w Polsce? Wyobrażacie, co by się potem stało z naszą turystyką? Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby świat się w końcu naocznie przekonał, jaki mamy piękny kraj?

Ale kogo to obchodzi?

Kogoś jednak chyba powinno.


„American Sniper”

American Sniper

Ten film to nie fikcja. Ta opowieść nie została wymyślona. Nie wykoncypował jej natchniony Twórca, siedząc w ciepełku, pochylony w skupieniu nad swoim MacBookiem.

„American Sniper” to historia życia Chrisa Kyle’a, snajpera amerykańskich sił specjalnych, którą on sam skrzętnie opisał w swojej książce. Clint Eastwood i Bradley Cooper sfilmowali tę książkę tak, by być jak najbliżej prawdy i autentyczności przedstawianych wydarzeń.

I wyszło im arcydzieło.

Na pierwszy rzut niewprawnego oka nic jednak na arcydzieło tutaj nie wygląda. Postaci i sytuacje nie są zbyt zniuansowane, tempo opowieści nie powala, sytuacje dramaturgiczne nie są doprowadzone do ostateczności tak, jak zostaliśmy jako widzowie, przyzwyczajeni w innych fabularnych dramatach wojennych.

Poza tym postawa głównego bohatera jest jakby mocno staroświecka. I to może bardzo irytować współczesnych, płynno-nowoczesnych, pacyfistycznych inteligentów.

Otóż legendarny snajper Chris Kyle, grany świetnie przez Bradleya Coopera, nie ma najmniejszych wątpliwości, gdzie jest Dobro, a gdzie Zło. Nie waha się ani przez sekundę opowiedzieć po stronie Dobra. Nie ma tu miejsca na dyskusje, na wątpliwości i niuanse tak modne w dzisiejszym zdezorientowanym i rozgadanym świecie zachodnim.

Chris Kyle jest jak archetypiczny kowboj-rewolwerowiec z klasycznych westernów z lat pięćdziesiątych – twardo, brutalnie i konsekwentnie przeciwstawia się Złu. Zabija złych ludzi dziesiątkami, chroni swoich przeciwko „dzikim”, walczy w dobrej sprawie i nigdy, przenigdy nie ogarniają go wątpliwości, czy aby na pewno postępuje słusznie.

Taka postawa w dzisiejszych czasach to dla wielu coś NIEWYOBRAŻALNEGO. Szczególnie, że Chris Kyle ma 160 udokumentowanych, śmiertelnych trafień.

Gdyby to była opowieść FIKCYJNA, wyglądałaby na prymitywną prowojenną propagandę i agitkę amerykańskiej konserwatywnej prawicy.

Sęk w tym, że ten film to nie fikcja. Ta opowieść nie została wymyślona. Nie wykoncypował jej natchniony Twórca, siedząc w ciepełku, pochylony w skupieniu nad swoim MacBookiem.

Sęk w tym, że swoją postawą na polu walki snajper Chris Kyle uratował od śmierci setki amerykańskich żołnierzy. To bardzo konkretne fakty i bardzo ciężko je zagadać i pogmatwać.

Sęk w tym, że fikcyjna postać archetypicznego kowboja-rewolwerowca z klasycznych westernów podoba się większości widzom tylko wtedy, gdy jest idealnie FIKCYJNA. Gdy staje się PRAWDĄ i jako amerykański snajper Chris Kyle mierzy do uzbrojonych kobiet i dzieci w Iraku, w widzach rodzą się wątpliwości.

Czy słuszne? Na pewno niewygodne.

Niełatwo się ten film ogląda, ale dla mnie jest to jeden z najbardziej niezwykłych filmów o wojnie, jakie widziałem. I żeby w dzisiejszych czasach zrobić taki film, trzeba było odwagi i talentu Clinta Eastwooda. Na szczęście Clint jest na posterunku i wciąż pokazuje, jak się robi prawdziwe, ważne kino.

(Oczywiście film Oscara nie dostał. I zupełnie mnie to jakoś nie dziwi ;)


„Lewiatan”

Lewiatan

Pewien mechanik samochodowy mieszka z żoną i synem w obszernym, starym domu malowniczo położonym nad brzegiem morza. A ponieważ działka jest naprawdę atrakcyjna, to miejscowa władza postanawia mu ten dom odebrać.

Tak z grubsza wygląda akcja tego filmu. Ale wcale nie o akcję tutaj chodzi. Chodzi o największy kraj na świecie i o władzę, która ten kraj Rosjanom zabrała.

Dawno już nie widziałem tak dobrego dramatu. Dawno nie widziałem kina tak pełnego, tak domyślanego, tak ważnego, przejmującego i tak filmowo szlachetnego.

Lewiatan to gorzka metafora współczesnej, putinowskiej, kleptokratycznej Rosji. To spokojne, chłodne i wnikliwe studium tyranii i bezprawia. To film posługujący się metaforą, aluzją i symbolem – duża rzadkość w dzisiejszych kinematografiach tzw. „wolnego świata”. U nas nie trzeba się już chować za metaforami i aluzjami. Okazuje się, że w Rosji wciąż trzeba.

W sensie technicznym i warsztatowym ten film po prostu powala. Zdjęcia, scenografia, aktorstwo i montaż sprawiają, że przez ponad dwie godziny nie da się oderwać oczu od ekranu. Co ciekawe, film jest opowiadany wolno. Reżyser daje się nam napatrzeć do woli na aktorów, na pejzaż, na sytuacje i świat. Dramat rozwija się bez pośpiechu, ale bezlitośnie i konsekwentnie.

A wszystko jest zatopione w niezwykłym, baśniowym, surowym krajobrazie rosyjskiej dalekiej północy. Film był kręcony w okolicach Murmańska i przyznam, że nie miałem bladego pojęcia o urodzie tej krainy.

Bardzo polecam ten film, bo to kino absolutnie najwyższej jakości. A jak dziś w nocy nie dostanie Oscara, to tym gorzej dla Oscarów :)


„The Interview” (Wywiad ze Słońcem Narodu) – bezlitosna siła komedii.

The Interview - plakat

Bardzo głośno zrobiło się wokół tej komedii, więc oczywiście musiałem ją zobaczyć. Sporo wcześniej czytałem o tym filmie i przyznam, że do oglądania siadałem mocno skołowany. Chodziły słuchy po sieci, że jest to nieśmieszny gniot, że jest niewarty oglądania, że to porażka, syf, kolejna głupia, nieśmieszna komedyjka itp. Czyli wszystko to, co nabzdyczeni, zakochani we własnym wysublimowaniu, wysnobowani „intelektualiści” z Bożej Łaski zwykli pisać o każdej niemal komedii.

Na szczęście znowu się pomylili. Hurra!

„The Interview” to świetny film. Jeden z ważniejszych, które zobaczyłem w ostatnich latach. Tym większe było moje zdziwienie, że poprzednia komedia tych twórców (Evan Goldberg, Seth Rogen i James Franco) zatytułowana „This Is the End” ( To już jest koniec) niespecjalnie do mnie trafiła.

Nie sposób zrozumieć całej mega-afery z atakiem hakerskim na serwery Sony Pictures bez obejrzenia „The Interview”. Nawet przez chwilę podejrzewałem, że to wszystko ściema i sprytnie wymyślona kampania marketingowa filmu. Teraz wiem, że sprawa jest poważna i zamieszanie polityczne wokół tego filmu jest jak najbardziej zasadne.

Komedia uderza mocno, celnie i bezlitośnie w reżim Kimów w Korei Północnej. Po raz kolejny ten film pokazuje, że nie ma skuteczniejszej broni na świecie niż śmiech. Nic nie jest w stanie uderzyć tak skutecznie w dyktaturę, jak komedia.

Pokazał to wcześniej Charlie Chaplin w swoim pierwszym dźwiękowym filmie „Dyktator” z 1940 roku. Jego uderzenie w Hitlera i faszyzm było tak celne, że w Niemczech pokazano go dopiero w 1998 roku, a w Hiszpanii był zakazany do 1975.

Stanisław Bareja robił u nas dokładnie to samo. Uderzał komedią w komunę i robił to tak pięknie, że w końcu komuna się rozleciała. Kto wie, jak by ten koniec komuny u nas wyglądał, gdyby Bareja jej wcześniej nie obśmiał. Na pewno byłoby gorzej.

„The Interview” to komedia krawędziowa. Chłopaki jadą ostro po bandzie i hamulców nie używają wcale. Nie każdemu się spodoba humor fekalno-genitalno-erotyczny, którego w tym filmie jest sporo.

Mnie się podoba. Bo służy ważnej sprawie. Służy do przekłucia nadętego, boskiego prawie wizerunku dyktatora w najbardziej opresyjnym reżimie we współczesnym świecie. Nic dziwnego, że reżim się wkurzył. Dawno nikt ich tak mocno nie kopnął w doopę ;-)


Zapominanie

Upadki na planie filmu WKRĘCENI 2 zdarzały się każdemu. (foto: © MTLMaxfilm)

Upadki na planie filmu WKRĘCENI 2 zdarzały się każdemu. (foto: © MTLMaxfilm)

Najpierw, pisząc sequel, musiałem zapomnieć, o czym była pierwsza część. Potem, poprawiając każdą kolejną wersję scenariusza, musiałem zapomnieć, o czym była poprzednia.

Kiedy w końcu wszedłem na plan, trzeba było zapomnieć, o czym był scenariusz. Wolałem, jak przeczytają mi go aktorzy i ekipa. Chciałem spojrzeć na swój tekst ich oczyma. Wolałem i zawsze wolę uruchamiać talenty innych artystów, niż pielęgnować i pieścić się z własnym.

W zapomnienie własnego scenariusza na planie musiałem włożyć sporo wysiłku. Ale opłaciło się. Mam wrażenie, że było twórczo, inspirująco i nieoczekiwanie.

Ale to nie koniec mojego zapominania.

Teraz zaczyna się montaż i trzeba będzie zapomnieć wszystko to, co pamięta się z planu. Wszystkie te planowe walki, wzmożenia i starania w montażowni tracą znaczenie. Tu liczy się tylko ukręcony materiał i to, ile sensownego filmu można z niego posklejać. I to się właśnie dzieje.

Potem, w dalszej części postprodukcji, na udźwiękowieniu, korekcji, efektach, zapominam o montażu. Na zgraniu wkładam wiele wysiłku, żeby zapomnieć o wszystkich poprzednich fazach produkcji i spojrzeć na film, jakbym go widział po raz pierwszy w życiu.

Na premierze zapominam o całym świecie i obserwuję tylko, czy widownia się śmieje i w których miejscach.

Parę tygodni po premierze zapominam o filmie i myślę już wyłącznie o tym, co by tu nowego napisać.

Sporo zaliczam tych zapomnień w trakcie jednej produkcji, przyznacie.

Przy tym filmie jednego jednak nie zapomnę nigdy – ekipy i aktorów. Rzadko się zdarza, żeby tak dużo, tak różnych osobowości tak dobrze pasowało do siebie i do realizowanego projektu.

Mam nadzieję, że efekt na ekranie będzie niezapomniany ;-)


Asceza – mój przepis, jeszcze niewypróbowany

Do picia tylko czysta woda. Może być zimna, ciepła albo gorąca. Według upodobania.

Do jedzenia tylko produkty nieprzetworzone, świeże, naturalne. Nic mielonego, sproszkowanego, mieszanego, spulchnianego, przygotowanego nie wiadomo z czego, wieloskładnikowego, sztucznego. Tylko proste, prymitywne, podstawowe jedzenie, w niewielkich ilościach, najwyżej trzy razy dziennie.

Żadnych słodkich smaków. Wyjątkiem są owoce, ale w bardzo niewielkiej ilości i nie codziennie.

Żadnych używek – zero kawy, herbaty, kakao, nikotyny, alkoholu oraz innych środków halucynogennych.

Zakaz patrzenia w jakiekolwiek elektroniczne ekrany. Zakaz słuchania jakichkolwiek elektronicznie odtwarzanych dźwięków i głosów. Wyjątkiem jest tylko sytuacja, kiedy obcujemy ze Sztuką – filmem, tekstem literackim, muzyką, plastyką. Jednak z dużym umiarem, nie codziennie, w skupieniu i tylko z dziełami najwyższych lotów.

Zakaz czytania jakiejkolwiek papierowej prasy, dzienników, tygodników, miesięczników, kwartalników. Z papieru można czytać tylko literaturę piękną, najlepszą z możliwych i nie za często.

Poza tym wszystko inne jest dozwolone.

Ile byście wytrzymali?

:-)

Przez wieki asceza była czymś godnym największego szacunku. Uważano, że nic tak wspaniale nie kształtuje ducha, nie wyrabia umysłu i nic tak nie przybliża do Absolutu, jak właśnie asceza.

Najważniejsi święci, myśliciele i filozofowie praktykowali ascezę. Oczywiście nie cały czas, nie całe życie, często były to tylko okresy ascezy, tygodnie albo miesiące. Ale to wystarczało, żeby ich umysły osiągały wyżyny sprawności niedostępne normalnym śmiertelnikom.

I nie mam tu na myśli niczego religijnego. Asceza występuje w prawie wszystkich religiach, ale jest to postawa znacznie szersza, o wiele dalej sięgająca niż chrześcijańskie klasztory, buddyjscy mnisi, czy hinduscy święci mężowie.

We współczesnym, zachodnim, konsumpcyjnym turbokapitalizmie proponowanie postawy ascetycznej jest głębokim nietaktem. Jest idiotyzmem i czymś, czego nie sposób zrozumieć bez wódki.

Po co się samoograniczać? W jakim celu!?

Może na przykład w dokładnie tym samym celu, co kiedyś – żeby dostąpić stanu skupienia umysłu niedostępnego normalnym śmiertelnikom. Żeby coś na spokojnie przemyśleć. Coś stworzyć. Wpaść na pomysł. Coś zrozumieć. Coś zmienić. Do czegoś się przygotować. Żeby się trochę udoskonalić duchowo. Żeby ćwiczyć siłę woli. Albo po prostu, żeby nie zwariować od permanentnego nadmiaru nieistotnych wrażeń.

To mało?

Mój przepis na współczesną ascezę dla twórcy, lub jak kto woli człowieka kreatywnego, który zamieściłem na początku tego wpisu, nie jest żadnym umartwianiem się, pustelnictwem, czy samobiczowaniem.

To prosta recepta na wyciszenie się. Na umiar w konsumpcji cielesno-umysłowej strawy, której wszędzie pełno. To przepis na chwilę oczyszczenia z całego tego toksycznego błota, które się do nas przylepia, nie wiadomo kiedy, podczas naszego mimowolnego, zawrotnego rajdu przez pokręcony dwudziesty pierwszy wiek.

I czasami miewam straszną ochotę, żeby sobie ten mój przepis na ascezę zaaplikować. Choćby na miesiąc :)