Filed under Internet

Tysiąc czterysta czterdzieści minut

1440 minut to wszystko co masz.

A właściwie masz tego trochę mniej. W ciągu doby trzeba też spać, jeść, oddawać się czynnościom higienicznym, przemieszczać się i robić całą masę innych koniecznych, aczkolwiek niespektakularnych czynności pożerających cenne minuty.

Ale jedno jest pewne. Te 1440 minut na dobę to JEDYNA brzęcząca moneta, jedyny kapitał i niepowtarzalny skarb, jaki człowiek ma. Niczego innego człowiek nie ma. A jeśli nawet wydaje mu się, że ma, to jest to tylko złudzenie “mania”.

Swoje 1440 minut możesz wymienić na różnego rodzaju nietrwałe dobra doczesne. Trzeba w tym celu odsprzedać swojemu pracodawcy część doby. Zazwyczaj jest to około pięciuset minut na dobę. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj więcej.

Po wykonaniu w miarę rzeczowego bilansu można założyć, że po odjęciu snu, pracy i czynności podtrzymujących procesy życiowe zostają ci z liczby 1440 minut ostatnie trzy cyferki. Czyli 440 minut czasu wolnego. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj mniej.

Na co poświęcasz te minuty? Na co wówczas kierowana jest twoja uwaga?

Powyższe pytania to w dzisiejszych czasach NAJWAŻNIEJSZE pytania w światowym biznesie. Bo ten, kto nazbiera najwięcej minut uwagi innych ludzi jest dzisiaj najbogatszy. Niezłe, nie?

Taki na przykład Facebook za chwilę ma wejść na giełdę. Zostanie wyceniony na niebotyczne setki milionów dolarów (albo i więcej) a przecież Facebook to tylko bity. Niematerialne bity poukładane w webową aplikację obsługiwaną przez spory serwer. Do tego pewnie mają jakieś biuro, gdzie siedzi Mark Zuckerberg i knuje. Knuje jak dostać za darmo twoją kolejną minutę.

I dostanie ją. Bo właśnie niedawno kupił (za kolejne setki milionów dolarów) trochę niematerialnych bitów zwanych Instagram – prostą sieciową aplikację, której ludzie z niewiadomych powodów zaczęli poświęcać swoje cenne minuty. Teraz te minuty są już Marka :-)

O twoje minuty walczą wszystkie telewizje świata, wszystkie wytwórnie filmowe, wszyscy pisarze, wydawcy i redaktorzy naczelni. Zabiegają o nie portale, serwisy społecznościowe i blogerzy. Biją się o nie politycy, przywódcy religijni i wszelkiej maści celebryci.

W tym samym czasie wszystkie agencje reklamowe świata wyceniają na bieżąco twoje wolne minuty i sprzedają je na długo zanim jakikolwiek zegar je wybije.

A im bardziej wszyscy walczą o twoją uwagę, tym twoja uwaga (i twoje minuty) stają się cenniejsze. Im więcej jest zabiegających o twoje minuty, tym ich wartość rośnie – to normalne prawo popytu i podaży, gdzie podaż się nie zmienia – zawsze wynosi 1440 minut na dobę.

Jaki z tego morał?

Morałów z tego jest sporo. Dla każdego inne. I trzeba je sobie dośpiewać samemu.

W wolnym czasie.

Otagowane , , , , , , ,

Lokale w których nic nie podają

Wakacje w pełni, więc nie będę pisał o pracy, pisaniu, opowiadaniu, konstruowaniu, kombinowaniu, scenopisarstwie, dramaturgii i budowaniu skomplikowanych struktur narracyjnych.

Będę pisał o wszystkim innym (równie pysznym).

Będę pisał, albo i nie pisał, bo są wakacje.

A wakacje to czas, kiedy można robić (i pisać), co tylko się komu podoba, albo i nie podoba. Bo na tym właśnie polegają wakacje.

Dziś będzie o lokalach, barach, kawiarniach, w których nic nie podają. Nie ma kelnera, nie ma barmana, nie ma kuchni. Nie ma również wszystkiego innego, co z lokalem się kojarzy. Nie ma krzeseł, nie ma stolików, nie ma podłogi, nawet sufitu nie ma.

Nic nie ma.

Wszystko jest niematerialne.

Tylko klienci są prawdziwi.

Jeden lokal nazywa się Facebook.

Druga kawiarenka to Twitter.

Trzeci lokal nazywa się Nasza Klasa, czwarty to dogasający MySpace, a piąty właśnie powstał i nazwany został Google+ (nawiasem mówiąc, do tego ostatniego jeszcze nie mam wstępu, bo jest w budowie).

To wielkie kawiarnie o zasięgu ogólnoświatowym. Codziennie wpadają tam miliony ludzi pogadać, pochwalić się czymś, coś ogłosić, coś zareklamować, czymś zahandlować. Jak to w życiu.

Świat do tej pory nie znał tak wielkich kawiarni. Kawiarnie to w ogóle wynalazek stosunkowo młody. Do Europy dotarł jakieś pięćset lat temu z Bliskiego Wschodu i od razu mocno namieszał. I wcale nie chodziło o kawę, czy inne napitki.

Lokale tego typu od razu stały się miejscami gdzie ludzie zaczęli wymieniać się ideami. Z czasem w kawiarniach zaczął rodzić się ferment. Stamtąd wychodziły rewolucje, przewroty i powstania. Tam żywo dyskutowano, spierano się i knuto, jak pozbawić władzy tyranów.

Tam urodziła się rewolucja francuska, przemysłowa, bolszewicka i faszystowska. Każda właściwie duża i ważna dyskusja w nowoczesnym świecie miała swój początek w jakiejś kawiarni, gdzie paru ludzi rozochoconych alkoholem, kofeiną i tytoniem postanawiało zmienić losy świata.

Dziś Twitter i Facebook pełnią bardzo podobną rolę. Nie podają tam jednak kawy. Napitki i prowiant trzeba sobie zapewnić samemu. Jednak natychmiastowa wymiana idei jest dokładnie ta sama.

Z jedną różnicą – media społecznościowe są o wiele szybsze i o wiele większe niż jakakolwiek ze znanych w historii kawiarni. I mają już na swoim koncie pierwsze rewolucje – w Iranie co prawda (jak na razie) się nie udało, ale udało się w Tunezji i Egipcie. A nowe powstania zapewne już kiełkują.

Działa to jak w klasycznej kawiarni. Wchodzisz, podchodzisz do jakiegoś towarzystwa, do któregoś ze stolików, przyłączasz się do dyskusji, rzucasz ideę, przekonujesz do niej innych i po chwili pół kawiarni masz po swojej stronie. Ktoś rzuca hasło, wyskakujecie na ulicę i rewolucja gotowa.

Ta kawiarniana metafora mediów społecznościowych ma też inny ciekawy aspekt – modę.

Od zawsze popularnością (lub klęską) danej kawiarni rządziła moda. Nie ten lokal pękał w szwach, w którym dobrze dawano jeść i pić, ale ten który był modny. Tam, nie wiedzieć czemu, zawsze chodziło więcej ludzi.

Kawiarenka MySpace przestała być modna. Duża kawiarnia Facebook wciąż jest w modzie (ale już niedługo). Na modową falę wznoszącą wszedł zupełnie nowiutki, jeszcze nie otwarty lokal Google+. Kawiarenka krótkich pogaduszek Twitter wciąż jest w modzie.

A w sprawie mody jedno jest pewne – wszystko kiedyś wyjdzie z mody.

(UZUPEŁNIENIE: Już mam wejście do nowej kawiarenki Google Plus. Oto mój profil. Zapraszam jakby co ;-)

Otagowane , , , , , , , ,

Źródełko inspiracji, które nigdy nie wysycha

“Z pustego i Salomon nie naleje.” Znacie to porzekadło? Znacie. (Ale na pewno nie znacie: “Na pochyłe drzewo to i Salomon nie naleje.” albo: “Dopóki dzban wodę nosi, dopóty do niego Salomon nie naleje.” ;-)

Ale nie o trawestacjach znanych porzekadeł chciałem dzisiaj napisać, tylko o inspiracji. Znowu o inspiracji, bo to ważne.

Inspiracją dla autora opowieści dramaturgicznych może być wszystko – przyroda, dzieło sztuki, smak, zapach, nowe przeżycie, nowa sytuacja, czyjeś ciekawe przemyślenie albo gazetowy news.

Dla mnie najważniejszą inspiracją są zawsze inni ludzie. Poznawanie ich, wchodzenie w ich życie, w ich intymność, poznawanie ich życiorysów i tego wszystkiego, co najbardziej skryte i prywatne.

To mnie zawsze najbardziej inspiruje. Może to straszne, ale tak już mam.

Czytaj dalej

Otagowane , , , , , , , , , ,

“Lubię to!” Czyli kilka refleksji o społecznościach w sieci

Sieci społecznościowe okrzepły. To już dzisiaj nic nowego, nic ekscytującego, nic o czym warto by mówić z wypiekami na twarzy.

Każdy mniej więcej wie, czym jest Nasza Klasa, Facebook, czy Twitter. Ci bardziej zorientowani dorzuciliby do tego jeszcze garść innych – Digg, Linkedin, Buzz, Blip, YouTube. Prawdziwi fachowcy mogliby je wymieniać całymi godzinami. Bo jest ich mnóstwo.

Śmiało można by powiedzieć, że cały Internet staje się powoli jedną, wielką siecią społecznościową. Cały internetowy kontent obrasta jak bluszczem infrastrukturą łączącą go z największymi, średnimi i całkiem małymi społecznościówkami.

Po co? Dlaczego? Skąd ta moda?

Czytaj dalej

Otagowane , , , , , ,

Do czego tak naprawdę służy mi Twitter

Jestem na Twitterze już od dziesięciu miesięcy. To długo. Jak dla mnie bardzo długo. Zazwyczaj takie zabawki szybko mnie nudzą. Tym bardziej, że nie mam zbyt wiele czasu na zabawę.

Dlaczego zatem wciąż tam jestem? Dlaczego mi się nie znudziło? Po co zaglądam tam codziennie? Dlaczego czytam i piszę na Twittera? Co z tego mam?

Pora już chyba na moją własną, prywatną analizę tego zjawiska i próbę odpowiedzi na postawione powyżej pytania. I tą właśnie moją skromną autoanalizą postanowiłem się z wami dzisiaj podzielić.

Czytaj dalej

Otagowane , , , , ,

HTC Hero – pierwsze wrażenia z posiadania smartfona

Jako człowiek dość przekorny wobec mód, na niektóre rzeczy załapuję się dość późno. Tak też było z modą na smartfony.

Zawsze uważałem, że telefon służy do telefonowania. Ma być mały, poręczny, niezawodny i niekłopotliwy. I takie też telefony zawsze miałem. W końcu jednak wlazłem z nudów do salonu Ery i całkowicie przypadkowo wziąłem do ręki HTC Hero.

Było to zdarzenie brzemienne w skutki, bo potem przez dłuższy czas nie mogłem o tym niewielkim przedmiocie zapomnieć. W końcu po gwałtownej i morderczej bitwie z własnymi myślami kupiłem to cudo.

I bardzo dobrze zrobiłem.

Czytaj dalej

Otagowane , , , , ,

Branie i dawanie w Internecie – Gary Vaynerchuk

Mógłby być gwiazdą w każdej dużej stacji telewizyjnej. Twierdzi, że dostawał dziesiątki takich kontraktów do podpisania. Nie podpisał. Dlaczego ma się wiązać umową z telewizją w czasach, w których każdy sam może założyć własną telewizję? I założył.

Nazywa się to Wine Library TV i jest jednym z najpopularniejszych vlogów na świecie. Codziennie Gary Vaynerchuk publikuje dwudziestominutową audycję o winie. Siedzi w niej za biurkiem, pokazuje, smakuje, wypowiada swoje opinie i rozmawia z gośćmi. Wszystko o winie.

I trzeba przyznać, że robi to świetnie. Ma ten rzadki, unikalny, samorodny telewizyjny talent. Kamera go lubi, dobrze się na niego patrzy, potrafi przytrzymać uwagę widza przez długi czas, jest ciekawy i zajmujący. I cały czas gada o winie.

Dlaczego piszę tu o Garym? Powodów jest co najmniej kilka.

Czytaj dalej

Otagowane , , , , , ,