Wolność jest na ustach wszystkich.
Pieścimy to słowo, odmieniamy czule przez wszystkie przypadki, wykrzykujemy je w ulicznych demonstracjach, wypisujemy krwią na sztandarach i szepczemy w szczerych modlitwach wprost w Boże uszy we wszystkich językach świata.
Wsadzamy znaczenia słowa “wolność” w całą masę innych słów, które czcimy i wielbimy na równi z tym oryginalnym: “demokracja”, “wolny rynek”, “tolerancja”, “bezstresowe wychowanie”, “swoboda”, “liberalizm”, “przyzwolenie”, “róbta co chceta!”, “wolność słowa”, “wolność zgromadzeń”, “wolność gospodarcza”, “swoboda obyczajowa” i tak dalej, i tak dalej.
I powiem wam, że zawsze (w zasadzie) jestem za “wolnością”. Zanim stałem się zagorzałym pragmatykiem, byłem przez długi czas liberałem. Czasami nawet ultra-liberałem, libertarianinem, libertynem i liberało-konserwatystą – kochałem “wolność” ;-)
Sęk w tym, że bez zamordyzmu się nie da.
Nie da się i już.
Bez zdecydowanego, silnego złapania człowieka za mordę, człowiek ten nie ma szans dojść w życiu do czegokolwiek wartościowego. Niczego się nie nauczy, niczego nie stworzy, nie zachowa zdrowia i sprawności, nie utrzyma rodziny, nie wychowa dzieci, nie ma szans na długoterminowy sukces.
Tylko brutalny zamordyzm może zapewnić szczęście wolnemu człowiekowi. To ci dopiero paradoks, nie?


Dzisiejsze czasy tym się różnią od dawnych czasów, że zdumiewająca część populacji umie pisać i czytać.