Zakynthos – czyli za co lubię greckie wyspy

Navagio - jedno z najpiękniejszych miejsc wyspy

To był ostatni łyk prawdziwego słońca przed nocą polarną. Ostatnia szansa na wygenerowanie odrobiny witaminy D koniecznej, żeby przetrwać jakoś nadchodzące pół roku ciemności, chłodu i wilgoci.

A ponieważ ze wszystkich słońc najbardziej lubię to świecące nad Grecją, polecieliśmy na Zakynthos.

Leci się łatwo. W Warszawie trzeba skierować dziób samolotu dokładnie na południe i przelecieć 1600 kilometrów. Trwa to około dwóch godzin i wyjście z samolotu jest czystą rozkoszą.

Bo na tej niewielkiej wysepce na Morzu Jońskim jest CIEPŁO. Dużo cieplej niż w Polsce. Nie jest to żadną rewelacją w środku lata, ale w październiku to zjawisko jest bardzo przyjemne.

Tym bardziej, że lubię Grecję. Mogę nawet powiedzieć, że BARDZO lubię. Byłem już na paru greckich wyspach i zawsze obiecuję sobie wyprawę samochodem na kontynent. Na razie jednak padło na Zakynthos. Widziałem już Grecję egejską, jońskiej nie widziałem.

A więc Zakynthos, Zante albo też Zakintos (po grecku „Ζάκυνθος”) – moje wrażenia:

Czytaj resztę wpisu »


Peregrynacje po upadłych imperiach

Restauracja w miasteczku Sirmione

Wróciłem.

Na początku mieliśmy tylko cel podróży. Wiedzieliśmy, że jedziemy do najdziwniejszego, najpiękniejszego i najoryginalniejszego miasta świata. Do Wenecji.

Żadnego planu na potem nie było. Mieliśmy zdecydować w drodze. W dawnej stolicy upadłego imperium Republiki Weneckiej mieliśmy pobyć dwa, może trzy dni. Więcej nie trzeba. Szczególnie jeśli było się już w tym mieście wcześniej. Potem mieliśmy sobie pojechać, gdzie nas GPS poniesie.

I poniósł.

Wystarczył samochód, trochę rzeczy, namiot, materac dmuchany i kilka niewielkich kartoników z napisem „visa”, „mastercard”, „maestro”. Tyle wystarczy aż nadto.

Potrzeba jeszcze trochę chęci, żeby ruszyć d**ę z domu. Trochę chęci, żeby udać się w nieznane, na niepewne. W takiej podróży nie wiadomo, gdzie się będzie spać tej nocy i gdzie pojedzie się po śniadaniu. Nic nie jest przygotowane, zaplanowane i zarezerwowane.

Po prostu się jedzie.

Czytaj resztę wpisu »


Teneryfa – wrażenia

Kościół i balkony w Santa Cruz

No więc, minął mój Tydzień bez Bajek. Skończyło się błogie oderwanie od codziennej, zwykłej, przewidywalnej rzeczywistości. Na miejsce tego oderwania wybraliśmy z żoną jedną z domniemanych Wysp Szczęśliwych. Nie musieliśmy się na szczęście przenosić do mitycznego, starogreckiego Hadesu na stałe, żeby ową wyspę znaleźć.

Starożytni Grecy wierzyli, że na Wyspy Szczęśliwe, leżące gdzieś w krainie umarłych, można było się dostać tylko po życiu pełnym cnót i dobrych uczynków. A to, jak wiadomo, nie jest łatwe.

My kupiliśmy zwykłą wycieczkę i po blisko sześciu godzinach lotu w ciasnym samolocie wysiedliśmy na leżącej daleko za Słupami Heraklesa Teneryfie.

Zmiana była spora i takie zmiany smakują najbardziej. Pomiędzy polskim, piętnastostopniowym mrozem i ponad dwudziestostopniowym słońcem na wyspie różnica była warta krótkiej samolotowej udręki.

Ale do rzeczy. Oto kilka szybko i na gorąco spisanych wrażeń z intensywnego objazdu po wyspie:

Czytaj resztę wpisu »


Koktajl z czterech żywiołów

Ludzie lubią plaże. Przyjeżdżają czasem z bardzo daleka, znoszą niewygody męczącej podróży by w końcu znaleźć się na plaży. Choć na kilka dni, chociaż na chwilę. Poleżeć na plaży, pospacerować po niej, pobawić się na niej, pospać, posiedzieć, popatrzeć. Dlaczego akurat na plaży?

Są oczywiście inne miejsca, do których ludzie pielgrzymują, ale wystarczy rzucić okiem na dowolną bałtycką plażę w sezonie urlopowym – widać tłumy. Nie widziałem nigdy takich tłumów w lasach, w górach, czy nad jeziorami. Na plaży widziałem wiele razy.

Co takiego jest w nadmorskiej plaży? Co przyciąga na nią takie tłumy ludzi? Co sprawia, że chcą spędzić na niej te kilka dni cennego urlopu?

Żywioły. To żywioły są magnesem. Wszystkie cztery żywioły – woda (fale), powietrze (wiatr), ziemia (piasek) i ogień (słońce).

Czytaj resztę wpisu »


Co dobrego ma Madera

Kliknij aby powiększyćWyspy mają coś czego kontynenty nie mają. Są to małe, zamknięte, często odizolowane krainy, które dla swoich mieszkańców stanowią odrębny i kompletny wszechświat. Chyba właśnie z tego powodu lubię wyspy.

Madera to wielki, wygasły wulkan wznoszący się z dna Atlantyku na ponad pięć kilometrów. Nad wodą widać tylko tysiąc osiemset metrów tej wielkiej góry. Ale to że Madera powstała w wyniku serii potężnych erupcji wulkanicznych widać na każdym kroku. Jest to istotą tej wyspy, jej sercem, jej duszą, jej bogactwem, jej wadą i zaletą jednocześnie.

Wszystko co tu jest, bierze swój początek w wulkanie. A jest tu sporo dobrych rzeczy. I zamierzam wam teraz te rzeczy wymienić.

Czytaj resztę wpisu »


Małe miasta są pełne ciekawych opowieści

Plaża w Ustce po sporym sztormie

Małe miasta mają coś, czego duże metropolie nie mają. Są kameralne, są niewielkie i zwarte. Łatwo dają się objąć wzrokiem i umysłem. Łatwo mieszczą się w głowie.

Małe miasto łatwo ogarnąć, poznać i zrozumieć. Wielkie miasta to potwory o zupełnie innej skali. Skali dużo większej od człowieka, dużo większej niżby można je całe ze smakiem połknąć, posmakować i przetrawić.

I te duże, i te małe miasta wypełniają opowieści. W małych miastach jednak łatwiej te historie poznać. Łatwiej na nie wpaść. Łatwo je przyswoić, zrozumieć i zapamiętać. Duże miasta są na to za wielkie.

Czytaj resztę wpisu »


Rzym – wady i zalety

Byłem w Rzymie. Raptem parę dni. Pojechałem trochę pospacerować, napić się kawy, popatrzeć na zabytki, na ludzi, na zieleń. Taki przedłużony weekend w innym świecie, innym mieście, innym klimacie. Krótka ucieczka od ciemnego, niespokojnego, lepkiego, polskiego listopada.

Nie była to moja pierwsza wizyta we Włoszech, ale pierwsza w Rzymie. Nie nastawiałem się na zwiedzanie. Nie przepadam za muzeami i intensywnymi lekcjami historii na miejscu zdarzeń.

Chodziło raczej o rozpoznanie terenu. O zobaczenie, czy to miasto mi podchodzi, czy warto tam wrócić, czy jest tam coś interesującego i godnego mojej uwagi.

Czytaj resztę wpisu »


Przepis na Morze Bałtyckie

baltykInternetowe przepisy na różne rzeczy są ostatnio w modzie więc i ja postanowiłem podzielić się moim własnym, prywatnym przepisem. Nie będzie to przepis na szarlotkę ani na sznycel, ani nawet na nalewkę z dojrzewających właśnie wiśni. Będzie to przepis na morze i to nie byle jakie, bo Nasze Morze Bałtyckie.

Właśnie mi ono szumi, właśnie owiewa mnie bryza zrodzona nad tym morzem, czuję jego zapach, jego wilgoć, jego smak. Wszędzie wokół mnie wala się piasek, który przez miliony fal został zmielony właśnie w tym morzu. Mewy żyjące od tysięcy lat nad tym morzem robią na mnie co mogą i jak na razie żadna nie może trafić.

Jaki zatem jest przepis na udane Morze Bałtyckie?

Czytaj resztę wpisu »


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 101 other followers