„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

„American Sniper”

American Sniper

Ten film to nie fikcja. Ta opowieść nie została wymyślona. Nie wykoncypował jej natchniony Twórca, siedząc w ciepełku, pochylony w skupieniu nad swoim MacBookiem.

„American Sniper” to historia życia Chrisa Kyle’a, snajpera amerykańskich sił specjalnych, którą on sam skrzętnie opisał w swojej książce. Clint Eastwood i Bradley Cooper sfilmowali tę książkę tak, by być jak najbliżej prawdy i autentyczności przedstawianych wydarzeń.

I wyszło im arcydzieło.

Na pierwszy rzut niewprawnego oka nic jednak na arcydzieło tutaj nie wygląda. Postaci i sytuacje nie są zbyt zniuansowane, tempo opowieści nie powala, sytuacje dramaturgiczne nie są doprowadzone do ostateczności tak, jak zostaliśmy jako widzowie, przyzwyczajeni w innych fabularnych dramatach wojennych.

Poza tym postawa głównego bohatera jest jakby mocno staroświecka. I to może bardzo irytować współczesnych, płynno-nowoczesnych, pacyfistycznych inteligentów.

Otóż legendarny snajper Chris Kyle, grany świetnie przez Bradleya Coopera, nie ma najmniejszych wątpliwości, gdzie jest Dobro, a gdzie Zło. Nie waha się ani przez sekundę opowiedzieć po stronie Dobra. Nie ma tu miejsca na dyskusje, na wątpliwości i niuanse tak modne w dzisiejszym zdezorientowanym i rozgadanym świecie zachodnim.

Chris Kyle jest jak archetypiczny kowboj-rewolwerowiec z klasycznych westernów z lat pięćdziesiątych – twardo, brutalnie i konsekwentnie przeciwstawia się Złu. Zabija złych ludzi dziesiątkami, chroni swoich przeciwko „dzikim”, walczy w dobrej sprawie i nigdy, przenigdy nie ogarniają go wątpliwości, czy aby na pewno postępuje słusznie.

Taka postawa w dzisiejszych czasach to dla wielu coś NIEWYOBRAŻALNEGO. Szczególnie, że Chris Kyle ma 160 udokumentowanych, śmiertelnych trafień.

Gdyby to była opowieść FIKCYJNA, wyglądałaby na prymitywną prowojenną propagandę i agitkę amerykańskiej konserwatywnej prawicy.

Sęk w tym, że ten film to nie fikcja. Ta opowieść nie została wymyślona. Nie wykoncypował jej natchniony Twórca, siedząc w ciepełku, pochylony w skupieniu nad swoim MacBookiem.

Sęk w tym, że swoją postawą na polu walki snajper Chris Kyle uratował od śmierci setki amerykańskich żołnierzy. To bardzo konkretne fakty i bardzo ciężko je zagadać i pogmatwać.

Sęk w tym, że fikcyjna postać archetypicznego kowboja-rewolwerowca z klasycznych westernów podoba się większości widzom tylko wtedy, gdy jest idealnie FIKCYJNA. Gdy staje się PRAWDĄ i jako amerykański snajper Chris Kyle mierzy do uzbrojonych kobiet i dzieci w Iraku, w widzach rodzą się wątpliwości.

Czy słuszne? Na pewno niewygodne.

Niełatwo się ten film ogląda, ale dla mnie jest to jeden z najbardziej niezwykłych filmów o wojnie, jakie widziałem. I żeby w dzisiejszych czasach zrobić taki film, trzeba było odwagi i talentu Clinta Eastwooda. Na szczęście Clint jest na posterunku i wciąż pokazuje, jak się robi prawdziwe, ważne kino.

(Oczywiście film Oscara nie dostał. I zupełnie mnie to jakoś nie dziwi ;)

Reklamy