„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Rok trzynasty

Pierwszy dzień roku trzynastego. Siedzę przy klawiaturze i popijam mocną, smołowatą kawę z kroplą mleka w małej szklaneczce. Dobrze leczy wewnętrzny niepokój obudzony wczorajszym, sylwestrowym nadużyciem wina.

Jaki będzie rok trzynasty?

Krakanie, dołowanie i straszenie trwa już w mediach od dawna. Będzie fatalnie. Trzynastka w dacie spowoduje liczne katastrofy i przesilenia. Wody wystąpią z brzegów, ropa skończy się w piaskach Arabii, a krowy przestaną dawać mleko do kawy. Kryzys, w swym poszukiwaniu dna, sięgnie najgłębszych czeluści piekielnych, a bieguny magnetyczne Ziemi zmienią swoje położenie i wschód stanie się zachodem. W tym roku na pewno można spodziewać się końca świata. Trzynastka w dacie jest dużo groźniejsza od końca kalendarza Majów.

Ludzka natura uwielbia proroków. Kochamy pławić się we wróżbach, przepowiedniach i „całkowicie naukowo pewnych” i „precyzyjnie obliczonych” prognozach tego jak będzie.

Zawsze tak było. Przyszłość przewidywali szamani i czarownicy, potem druidzi i kapłani wszelakich religii, królowie zatrudniali astrologów, jasnowidzów i jeździli do wyroczni. Każdy chciał wiedzieć, jak to będzie. Każdemu ta bajeczka była (i jest) bardzo potrzebna.

Teraz też mamy swoje własne współczesne wróżki. Robią wielkie kariery, zarabiają sporo kasy i mają się zasadniczo jak pączki w maśle. Zawsze wróżkom, astrologom i prorokom powodziło się nieźle. I sprawdzalność ich przepowiedni zazwyczaj nie miała z tym nic wspólnego.

Astrologowie, kapłani, wyrocznie i jasnowidze zawsze pobierają kasę za swoje bajki. Czasem większą, czasem mniejszą, ale nigdy nie wieszczą za darmo.

Dzisiejsze „nowoczesne” czasy niczym się tu nie różnią od innych „mrocznych” wieków. Zamiast wróżek, astrologów i wyroczni mamy EKONOMISTÓW. Nic w tym dziwnego. W naszych czasach najważniejszy jest pieniądz, więc wróżenie i przewidywanie przyszłości przypadło „kapłanom” religii pieniądza, czyli ekonomistom.

Spójrzcie na nich, gładziutko ogoleni, precyzyjnie przystrzyżeni, wypomadowani i eleganccy, wbici w kosztowne, stonowane garniturki, ze starannie wystudiowanymi, mądrymi minami wygłaszają do kamer swoje przepowiednie z absolutną, boską wręcz pewnością, że tak właśnie będzie. Nie sposób takiemu „naukowemu” mądrali nie uwierzyć.

Dokładnie tak samo działali wróże wszelacy na przestrzeni wieków. Prorocza bajka o przyszłości wymaga oprawy, żeby prostaczki i profani w nią uwierzyli. Szaman musiał się odpowiednio ubrać, musiał wpiąć we włosy sporo piórek i paciorków, żeby osiągnąć wystarczającą niezwykłość gwarantującą mu wiarygodność. Wyrocznia delficka to już był prawdziwy teatr. Ten kto do niej wchodził zostawał tak zakręcony, że wychodził zupełnie odmieniony – dymy, światła, ogień, niezwykłość, tajemniczość – wszystko to tylko w jednym celu – żeby moja bajka o przyszłości była bardziej wiarygodna i żebym w efekcie dostał za nią więcej kasy.

I tak na przestrzeni wieków tysiące wspaniałych karier zrobili ludzie opowiadający bajki o przyszłości. Najczęściej apokaliptyczne, bo na tym się najlepiej zarabiało, tego typu straszenie przynosiło zazwyczaj największe korzyści straszącemu. Do dziś ten mechanizm narracyjny działa perfekcyjnie. Media na tym zarabiają miliony.

W średniowieczu wróżami byli liczni natchnieni kaznodzieje wygłaszający swoje płomienne apokaliptyczne bajki z kościelnych ambon przed zdumioną gawiedzią. Wcześniej prorokowali hebrajscy, starotestamentowi prorocy. W starożytnej Grecji wyrocznia delficka zarabiała potężną kasę na bajkach o przyszłości.

Teraz też jest to miliardowy interes na całym świecie. Tysiące gładkolicych profesorów ekonomii opowiada swoje bajki o przyszłości i biorą za to potężną kasę. Zatrudniani są w bankach, płacą im rządy, koncerny i instytucje finansowe zawodowo zajmujące się wróżeniem.

Zawsze tak było. Każdy szanujący się władca zatrudniał na swoim dworze astrologa, jasnowidza albo wróżkę. Miał go na etacie i zawsze mógł posłuchać jego bajek. Czasami się sprawdzały, zazwyczaj nie. Co mądrzejszy wróż tak potrafił zakręcić opowieścią, że ciężko było dociec, czy się sprawdziła, czy też nie. Talent literacki w opowiadaniu bajek jest nieodzowny.

Niestety żaden z ekonomistów nie przewidział wybuchu Światowego Kryzysu Ekonomicznego. Mimo że przecież wróżenie to ich zawód i z tego żyją. Nie pomogły liczne tytuły naukowe, garniturki, delikatne uśmiechy w kącikach ust, jasne czoła i półprzymknięte powieki, spod których rzucają swoje zalotne spojrzenia do telewizyjnych kamer.

Przyszłości nie da się przewidzieć.

Pozwólcie, że powtórzę jeszcze raz to okropne, denerwujące i pozbawione nadziei zdanie.

Przyszłości nie da się przewidzieć.

Ekonomia nie jest NAUKĄ ŚCISŁĄ. To, za przeproszeniem, zwykła nauka społeczna, czyli HUMANISTYKA, czyli pic na wodę, publicystyka, eseistyka, bajkopisarstwo i gdybanie, co się komu wydaje. Z matematyką ma dokładnie tyle wspólnego co poezja (czyli niewiele).

Garniturki, krawaciki i gładkie lica współczesnych ekonomistów są dokładnie tym, czym były kolorowe szaty astrologa, jego szklana kula i piórka w pupie szamana – teatrzykiem mającym uwiarygodnić bajeczkę o przyszłości.

Cała zatem apokaliptyczna wrzawa w mediach o tym, jaki to ciężki rok nas czeka to BAJKA, opowiastka, wróżenie z fusów i ściema.

Rok trzynasty będzie dokładnie taki, jaki SAMI SOBIE POSTANOWIMY, że będzie. Jak postanowimy, że będziemy w tym roku szczęśliwi – będziemy. Jak postanowimy odwrotnie – tak się stanie.

Tak to już ze szczęściem jest – zależy od nastawienia.

I nie słuchajcie bajek PRAWDZIWYCH. Nie słuchajcie „prawdziwych” opowieści zawodowych ściemniaczy. To zawód stary jak świat i zawsze w efekcie chodzi o to, żeby ściemniaczowi było dobrze, nie wam.

Słuchajcie bajek nieprawdziwych, delektujcie się poezją, muzyką i literaturą. Oglądajcie fajne filmy i chodźcie do modnych teatrów. W fikcji zawsze jest więcej prawdy niż w „PRAWDZIE”.

I właśnie takie mam dla Was życzenia na ten rok trzynasty :-)

Reklamy

Tysiąc czterysta czterdzieści minut

1440 minut to wszystko co masz.

A właściwie masz tego trochę mniej. W ciągu doby trzeba też spać, jeść, oddawać się czynnościom higienicznym, przemieszczać się i robić całą masę innych koniecznych, aczkolwiek niespektakularnych czynności pożerających cenne minuty.

Ale jedno jest pewne. Te 1440 minut na dobę to JEDYNA brzęcząca moneta, jedyny kapitał i niepowtarzalny skarb, jaki człowiek ma. Niczego innego człowiek nie ma. A jeśli nawet wydaje mu się, że ma, to jest to tylko złudzenie „mania”.

Swoje 1440 minut możesz wymienić na różnego rodzaju nietrwałe dobra doczesne. Trzeba w tym celu odsprzedać swojemu pracodawcy część doby. Zazwyczaj jest to około pięciuset minut na dobę. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj więcej.

Po wykonaniu w miarę rzeczowego bilansu można założyć, że po odjęciu snu, pracy i czynności podtrzymujących procesy życiowe zostają ci z liczby 1440 minut ostatnie trzy cyferki. Czyli 440 minut czasu wolnego. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj mniej.

Na co poświęcasz te minuty? Na co wówczas kierowana jest twoja uwaga?

Powyższe pytania to w dzisiejszych czasach NAJWAŻNIEJSZE pytania w światowym biznesie. Bo ten, kto nazbiera najwięcej minut uwagi innych ludzi jest dzisiaj najbogatszy. Niezłe, nie?

Taki na przykład Facebook za chwilę ma wejść na giełdę. Zostanie wyceniony na niebotyczne setki milionów dolarów (albo i więcej) a przecież Facebook to tylko bity. Niematerialne bity poukładane w webową aplikację obsługiwaną przez spory serwer. Do tego pewnie mają jakieś biuro, gdzie siedzi Mark Zuckerberg i knuje. Knuje jak dostać za darmo twoją kolejną minutę.

I dostanie ją. Bo właśnie niedawno kupił (za kolejne setki milionów dolarów) trochę niematerialnych bitów zwanych Instagram – prostą sieciową aplikację, której ludzie z niewiadomych powodów zaczęli poświęcać swoje cenne minuty. Teraz te minuty są już Marka :-)

O twoje minuty walczą wszystkie telewizje świata, wszystkie wytwórnie filmowe, wszyscy pisarze, wydawcy i redaktorzy naczelni. Zabiegają o nie portale, serwisy społecznościowe i blogerzy. Biją się o nie politycy, przywódcy religijni i wszelkiej maści celebryci.

W tym samym czasie wszystkie agencje reklamowe świata wyceniają na bieżąco twoje wolne minuty i sprzedają je na długo zanim jakikolwiek zegar je wybije.

A im bardziej wszyscy walczą o twoją uwagę, tym twoja uwaga (i twoje minuty) stają się cenniejsze. Im więcej jest zabiegających o twoje minuty, tym ich wartość rośnie – to normalne prawo popytu i podaży, gdzie podaż się nie zmienia – zawsze wynosi 1440 minut na dobę.

Jaki z tego morał?

Morałów z tego jest sporo. Dla każdego inne. I trzeba je sobie dośpiewać samemu.

W wolnym czasie.


Co kamera lubi

Słyszeliście zapewne takie powiedzenie, że „kamera kogoś lubi”.

Mówi się tak zazwyczaj o osobie „fotogenicznej”, która wyjątkowo dobrze i zupełnie nie wiadomo dlaczego rejestruje się na materiale video.

Ale kamera lubi nie tylko niektórych ludzi. Kamera ma to do siebie, że lubi różne rzeczy. I niektóre zjawiska oraz sytuacje filmują się dobrze, a inne nie. Taką to już dziwną przypadłość ma to urządzenie rejestrujące wymyślone ponad 100 lat temu przez braci Lumiere.

Co zatem dobrze wychodzi w kamerze? Na co warto ją kierować? I czy zawsze warto na to, co „dobrze w niej wychodzi”?

Otóż nie zawsze. Bo kamera lubi czasami rzeczy, których pokazywanie nie jest sensowne (szczególnie w nadmiarze).

A więc do rzeczy:

Czytaj resztę wpisu »


Skupienie w zgiełku

Mamy czasy, w których niełatwo się skupić.

Niełatwo się nad czymś pochylić w spokoju, przemyśleć coś gruntownie i ekskluzywnie. Niełatwo również znaleźć sensowne miejsce wolne od zgiełku, żeby po prostu pobyć chwilę sam na sam ze swoimi myślami.

Niełatwo zatrzymać się nad czymś dłużej, wejść w coś głębiej, zrozumieć coś do końca, przestudiować sprawę gruntownie.

Cały otaczający nas świat stara się stworzyć w zdumionej widowni wrażenie pędzących wydarzeń, myśli i wypowiedzi. Dobrze ustawione głosy atakują nas kolejnymi mocnymi zdaniami wypowiadanymi w telewizji i radiu. Strumień obrazów i dźwięków czaruje nas swoją sugestywnością i dramatyzmem. Wbite w nas wielkie oczy prezenterów telewizyjnych hipnotyzują swoim ważnym, rzekomo, niezbędnym i unikalnym przekazem.

Z gazet, magazynów i internetu wylewa się potok słów, zdjęć i grafik. Żadna nie jest warta tego żeby ją przegapić. Żadna! Tym bardziej, że jutro jest już przestarzała, niemodna i passe.

Nagłówki krzyczą. Politycy używają największych możliwych słów do komentowania rzeczy codziennych, doraźnych i mało istotnych.

W tym zgiełku pełno jest niestety zdawkowości.

Wszystko jest ledwo liźnięte, niezgłębione i niezanalizowane. Zasygnalizowane zaledwie, bo na zgłębienie i analizę nie ma czasu. Jutro będą nowe wydarzenia, nowe komentarze, nowe apokalipsy.

Jednak czasami trzeba się skupić.

Trzeba pomyśleć o tym, co ważne. Trzeba stworzyć coś, czego wcześniej nie było. Trzeba coś zrozumieć.

Dlatego trzeba mieć w sobie siłę na wyłączenie zgiełku i skupienie się na jednej sprawie.

A zaletą dzisiejszych czasów jest między innymi to, że zgiełk bardzo łatwo daje się wyłączyć.


Strach ma wielkie uszy – czyli o zarabianiu na horrorach

Strach nie jest uczuciem miłym. Wie o tym każdy, kto choć raz w życiu naprawdę odczuł tę emocję. To pierwotna, zwierzęca siła, która jeży nam włos na głowie, przyspiesza bicie serca, pompuje adrenalinę w żyły, rozszerza nasze źrenice i bezwzględnie każe się ratować.

Jakby tak policzyć momenty w naszym życiu, kiedy jesteśmy rzeczywiście przerażeni, kiedy boimy się o swoje życie, kiedy jedyne, na co mamy ochotę, to uciekać, kiedy czujemy, jak nasze szanowne zwieracze tracą swoją zwykłą moc i za chwilę popuścimy – takich momentów byłoby całkiem niedużo.

Zaawansowana cywilizacja doprowadziła do tego, że nie musimy już odczuwać prawdziwego egzystencjalnego lęku. Prawie nie musimy.

A szkoda. Taki strach to coś, co pamięta się do końca życia i o czym opowiada się prawnukom. Ja przynajmniej swoje strachy pamiętam dokładnie. I co dziwne, dobrze je wspominam, mimo że, jak miały miejsce, było niewesoło. Bardzo niewesoło.

Ale jakoś uszedłem z życiem. I życie stało się przez to barwniejsze, bogatsze, ciekawsze i bardziej emocjonujące. Przynajmniej jest co wspominać ;-)

I tu dochodzimy do istoty horroru.

Czytaj resztę wpisu »


Prasa nie zginie, czyli – Wszystko jest blogiem

Uwaga! Będę przewidywał przyszłość prasy.

Ostatnio ukazuje się mnóstwo artykułów wieszczących śmierć prasy. Stało się to niemal modne. Co chwilę ktoś o tym pisze, cytując kolejne dane statystyczne pokazujące spadek sprzedaży gazet w Ameryce, w Europie, w Polsce.

Na dziennikarzy padł blady strach. Widmo bezrobocia zajrzało im w przekrwione oczy i ruszyli w miasto szukać wygodnych miejscówek do spania pod mostami i w węzłach ciepłowniczych. Co bardziej zdesperowani napisali płomienne teksty o upadku demokracji, hordach internetowych barbarzyńców i pieniądzach podatników, którzy powinni wspomóc czwartą władzę w trudnych chwilach.

Nie bójcie się, koledzy dziennikarze. Prasa nie zniknie. Internet jest szansą, nie zagrożeniem. Zniknie papier. Za parę lat będzie już służył tylko do tego, do czego jest niezbędny w toalecie. Prasa go już nie potrzebuje.

Czytaj resztę wpisu »


Przewidzenia — Dlaczego już wkrótce nie będzie telewizji

ekran_kontrolnyJuż wkrótce zniknie telewizja jaką znamy dzisiaj. Przestanie być komukolwiek potrzebna. Tym bardziej, że zastąpi ją coś zupełnie innego. Dużo bardziej atrakcyjnego.

Jeśli miałbym powiedzieć kiedy to nastąpi, to z dokładnymi datami miałbym pewien problem. Może za pięć, może za dziesięć lat. Jedno jest pewne: oznaką tego, że telewizja jaką znamy zaczyna się zwijać, będzie pojawienie się pierwszych odbiorników telewizyjnych z pełnym dostępem do Internetu.

Jeśli będzie można kupić telewizory z wbudowaną przeglądarką, gniazdkiem ethernetowym, siecią bezprzewodową i urządzeniem wskazującym zamiast pilota, to znaczy, że już po telewizji.

Ale czy jest to powód do zmartwienia? Wręcz przeciwnie!

Czytaj resztę wpisu »