„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

„Zjawa” (The Revenant) — kino totalne na szeroko

Najwłaściwszym sposobem oglądania filmów jest pójście do kina. Wtedy widzimy i słyszymy najwięcej. W kinie film smakuje najpełniej i odbiór jest optymalny. Niestety przy obecnej ilości interesujących filmów do zobaczenia takie podejście jest BARDZO trudne. Nie da się życia spędzić w kinie, więc niestety trzeba wybierać.

Na swój własny użytek wprowadziłem więc następującą strategię: są filmy, które MUSZĘ zobaczyć w kinie, są filmy które mogę zobaczyć na moim domowym ekranie i są filmy, których nie muszę oglądać wcale.

Do kina chodzę więc na wybrane komedie (bo zbiorowe oglądanie komedii jest DUŻO bardziej satysfakcjonujące, niż samotne, bez żywo i głośno reagującej widowni). W kinie oglądam również wybrane filmy o dużym stopniu widowiskowości, filmy epickie, szerokie, których walory plastyczne mają mnie zadziwić, wtłoczyć w fotel i pozbawić tchu.

„Zjawa” to film, który KONIECZNIE trzeba zobaczyć w kinie. I w najmniejszym stopniu nie jest to komedia.

„Zjawa” to film bardzo oryginalny, bardzo specyficznie i niezwykle filmowany, jest to też film, od którego nie da się oderwać wzroku przez prawie dwie i pół godziny.

Jest to niezwykle rzadka we współczesnym kinie opowieść filmowa, w której dla określonej treści fabularnej została niezwykle kompetentnie znaleziona i wymyślona specyficzna, unikalna, filmowa forma opowieści. I wszystko pasuje idealnie.

Opowiadane to jest bardzo szerokimi obiektywami, długimi ujęciami i bardzo sugestywną pracą samej kamery, która uczestniczy, wije się między bohaterami dramatu, towarzyszy im bardzo blisko, nie gubiąc jednocześnie niczego z dzikiego, oszałamiającego pejzażu, który ich otacza.

Robi to niebywałe wrażenie. Tym bardziej, że twórcy zrezygnowali całkowicie ze sztucznego światła na planie. Wszystko nakręcone jest w świetle zastanym i ta surowość doskonale dopełnia grozę tego, co dzieje się na ekranie.

A dzieje się sporo. To jeden z lepszych dramatów filmowych, które widziałem w ostatnich latach. To kino totalne, kino atakujące obrazem, akcją i twarzami aktorów. Literatury i dialogu jest tu mało i nie są to elementy najważniejsze.

Jeśli nie spadnie na ten film deszcz Oscarów, to tym gorzej dla Oscarów. Mistrzostwo świata należy się tu na pewno reżyserowi, operatorowi, dźwiękowi, efektom i oczywiście Leo DiCaprio.

Chociaż Tom Hardy w roli łobuza był równie dobry i mojego prywatnego Oscara za tę rolę ma na pewno.

Tak wybitne filmy jak „Zjawa” zdarzają się raz na kilka lat. Dlatego nie radzę się długo zastanawiać. Trzeba ten film zobaczyć w KINIE, na możliwie jak największym ekranie. To lektura obowiązkowa.

Reklamy

Tysiąc czterysta czterdzieści minut

1440 minut to wszystko co masz.

A właściwie masz tego trochę mniej. W ciągu doby trzeba też spać, jeść, oddawać się czynnościom higienicznym, przemieszczać się i robić całą masę innych koniecznych, aczkolwiek niespektakularnych czynności pożerających cenne minuty.

Ale jedno jest pewne. Te 1440 minut na dobę to JEDYNA brzęcząca moneta, jedyny kapitał i niepowtarzalny skarb, jaki człowiek ma. Niczego innego człowiek nie ma. A jeśli nawet wydaje mu się, że ma, to jest to tylko złudzenie „mania”.

Swoje 1440 minut możesz wymienić na różnego rodzaju nietrwałe dobra doczesne. Trzeba w tym celu odsprzedać swojemu pracodawcy część doby. Zazwyczaj jest to około pięciuset minut na dobę. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj więcej.

Po wykonaniu w miarę rzeczowego bilansu można założyć, że po odjęciu snu, pracy i czynności podtrzymujących procesy życiowe zostają ci z liczby 1440 minut ostatnie trzy cyferki. Czyli 440 minut czasu wolnego. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj mniej.

Na co poświęcasz te minuty? Na co wówczas kierowana jest twoja uwaga?

Powyższe pytania to w dzisiejszych czasach NAJWAŻNIEJSZE pytania w światowym biznesie. Bo ten, kto nazbiera najwięcej minut uwagi innych ludzi jest dzisiaj najbogatszy. Niezłe, nie?

Taki na przykład Facebook za chwilę ma wejść na giełdę. Zostanie wyceniony na niebotyczne setki milionów dolarów (albo i więcej) a przecież Facebook to tylko bity. Niematerialne bity poukładane w webową aplikację obsługiwaną przez spory serwer. Do tego pewnie mają jakieś biuro, gdzie siedzi Mark Zuckerberg i knuje. Knuje jak dostać za darmo twoją kolejną minutę.

I dostanie ją. Bo właśnie niedawno kupił (za kolejne setki milionów dolarów) trochę niematerialnych bitów zwanych Instagram – prostą sieciową aplikację, której ludzie z niewiadomych powodów zaczęli poświęcać swoje cenne minuty. Teraz te minuty są już Marka :-)

O twoje minuty walczą wszystkie telewizje świata, wszystkie wytwórnie filmowe, wszyscy pisarze, wydawcy i redaktorzy naczelni. Zabiegają o nie portale, serwisy społecznościowe i blogerzy. Biją się o nie politycy, przywódcy religijni i wszelkiej maści celebryci.

W tym samym czasie wszystkie agencje reklamowe świata wyceniają na bieżąco twoje wolne minuty i sprzedają je na długo zanim jakikolwiek zegar je wybije.

A im bardziej wszyscy walczą o twoją uwagę, tym twoja uwaga (i twoje minuty) stają się cenniejsze. Im więcej jest zabiegających o twoje minuty, tym ich wartość rośnie – to normalne prawo popytu i podaży, gdzie podaż się nie zmienia – zawsze wynosi 1440 minut na dobę.

Jaki z tego morał?

Morałów z tego jest sporo. Dla każdego inne. I trzeba je sobie dośpiewać samemu.

W wolnym czasie.


O czym opowiadać – czyli pytanie zasadnicze

Łatwo jest zrobić film. Wystarczy trochę grosza, dobry scenariusz, głowa na karku i fachowa ekipa filmowa.

Dużo trudniej jest zdobyć dobry scenariusz. Tego towaru jest mało na wolności. Głównie dlatego, że trudno taki scenariusz napisać. Nie jest to jednak niemożliwe. Dlatego raz na jakiś czas gdzieś w świecie pojawia się taki tekst i powstaje z niego niezły film.

Napisać dobry scenariusz jest łatwo, jak się ma dobry temat, trochę umiejętności i talent. Z tych trzech rzeczy najbardziej unikalna jest ta pierwsza: dobry temat.

I tu dochodzimy do tytułowego pytania zasadniczego: O czym opowiadać?

Jeśli uważasz się za „Wielkiego Artystę” nie czytaj dalej tego wpisu. Nie jest dla ciebie. „Wielcy Artyści” nie zadają sobie takiego pytania. Oni zawsze wiedzą o czym chcą opowiadać. Zazwyczaj zresztą opowiadają o sobie. Jednemu na milion się udaje i z „Wielkiego Artysty” zostaje po prostu wielkim artystą. Dostaje Nobla, Oskara, Bookera, Palmę albo Niedźwiedzia, czy co tam jeszcze i w końcu staje się nieśmiertelny. Jeden na milion.

Czytaj resztę wpisu »


„Lubię to!” Czyli kilka refleksji o społecznościach w sieci

Sieci społecznościowe okrzepły. To już dzisiaj nic nowego, nic ekscytującego, nic o czym warto by mówić z wypiekami na twarzy.

Każdy mniej więcej wie, czym jest Nasza Klasa, Facebook, czy Twitter. Ci bardziej zorientowani dorzuciliby do tego jeszcze garść innych – Digg, Linkedin, Buzz, Blip, YouTube. Prawdziwi fachowcy mogliby je wymieniać całymi godzinami. Bo jest ich mnóstwo.

Śmiało można by powiedzieć, że cały Internet staje się powoli jedną, wielką siecią społecznościową. Cały internetowy kontent obrasta jak bluszczem infrastrukturą łączącą go z największymi, średnimi i całkiem małymi społecznościówkami.

Po co? Dlaczego? Skąd ta moda?

Czytaj resztę wpisu »