„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Asceza – mój przepis, jeszcze niewypróbowany

Do picia tylko czysta woda. Może być zimna, ciepła albo gorąca. Według upodobania.

Do jedzenia tylko produkty nieprzetworzone, świeże, naturalne. Nic mielonego, sproszkowanego, mieszanego, spulchnianego, przygotowanego nie wiadomo z czego, wieloskładnikowego, sztucznego. Tylko proste, prymitywne, podstawowe jedzenie, w niewielkich ilościach, najwyżej trzy razy dziennie.

Żadnych słodkich smaków. Wyjątkiem są owoce, ale w bardzo niewielkiej ilości i nie codziennie.

Żadnych używek – zero kawy, herbaty, kakao, nikotyny, alkoholu oraz innych środków halucynogennych.

Zakaz patrzenia w jakiekolwiek elektroniczne ekrany. Zakaz słuchania jakichkolwiek elektronicznie odtwarzanych dźwięków i głosów. Wyjątkiem jest tylko sytuacja, kiedy obcujemy ze Sztuką – filmem, tekstem literackim, muzyką, plastyką. Jednak z dużym umiarem, nie codziennie, w skupieniu i tylko z dziełami najwyższych lotów.

Zakaz czytania jakiejkolwiek papierowej prasy, dzienników, tygodników, miesięczników, kwartalników. Z papieru można czytać tylko literaturę piękną, najlepszą z możliwych i nie za często.

Poza tym wszystko inne jest dozwolone.

Ile byście wytrzymali?

:-)

Przez wieki asceza była czymś godnym największego szacunku. Uważano, że nic tak wspaniale nie kształtuje ducha, nie wyrabia umysłu i nic tak nie przybliża do Absolutu, jak właśnie asceza.

Najważniejsi święci, myśliciele i filozofowie praktykowali ascezę. Oczywiście nie cały czas, nie całe życie, często były to tylko okresy ascezy, tygodnie albo miesiące. Ale to wystarczało, żeby ich umysły osiągały wyżyny sprawności niedostępne normalnym śmiertelnikom.

I nie mam tu na myśli niczego religijnego. Asceza występuje w prawie wszystkich religiach, ale jest to postawa znacznie szersza, o wiele dalej sięgająca niż chrześcijańskie klasztory, buddyjscy mnisi, czy hinduscy święci mężowie.

We współczesnym, zachodnim, konsumpcyjnym turbokapitalizmie proponowanie postawy ascetycznej jest głębokim nietaktem. Jest idiotyzmem i czymś, czego nie sposób zrozumieć bez wódki.

Po co się samoograniczać? W jakim celu!?

Może na przykład w dokładnie tym samym celu, co kiedyś – żeby dostąpić stanu skupienia umysłu niedostępnego normalnym śmiertelnikom. Żeby coś na spokojnie przemyśleć. Coś stworzyć. Wpaść na pomysł. Coś zrozumieć. Coś zmienić. Do czegoś się przygotować. Żeby się trochę udoskonalić duchowo. Żeby ćwiczyć siłę woli. Albo po prostu, żeby nie zwariować od permanentnego nadmiaru nieistotnych wrażeń.

To mało?

Mój przepis na współczesną ascezę dla twórcy, lub jak kto woli człowieka kreatywnego, który zamieściłem na początku tego wpisu, nie jest żadnym umartwianiem się, pustelnictwem, czy samobiczowaniem.

To prosta recepta na wyciszenie się. Na umiar w konsumpcji cielesno-umysłowej strawy, której wszędzie pełno. To przepis na chwilę oczyszczenia z całego tego toksycznego błota, które się do nas przylepia, nie wiadomo kiedy, podczas naszego mimowolnego, zawrotnego rajdu przez pokręcony dwudziesty pierwszy wiek.

I czasami miewam straszną ochotę, żeby sobie ten mój przepis na ascezę zaaplikować. Choćby na miesiąc :)

Reklamy

Zagraniczne Życie w Bajkowym Świecie Wyobraźni

Jak to miło oderwać się od rzeczywistości i pofrunąć w lepsze światy. jak miło i przyjemnie żyć wyrafinowanym i stylowym życiem wielkomiejskiego hipstera, czytać (po angielsku) flipboarda, czy zite’a, wodzić paluszkiem po najnowszym ajpadzie, siorbać ze znawstwem late ze starbaksa i patrzeć z politowaniem na żałośnie niemodny tłum wschodnioeuropejskich wsiórów przewalających się nachalnie przez nieładne, polskie ulice, podczas gdy my naszymi zajebistymi myślami jesteśmy w niujorku, amsterdamie, barcelonie, siatel, sanfransisko, losandżeles albo chociaż w londynie.

tam zawsze jest osom. a tu!?

boże, co za wiocha! nie mają pojęcia, o czym był nowy sezon brejkingbed, nie znają hausofkards, oglądają to, co im puści polacka telewizja. jak w ogóle można mieć w domu telewizor. przecież to już żenada na całego. trzeba być na bieżąco, trzeba się orientować we trendach, zaglądać przez retinę na biznesinsajdera, maszabla i dewerdża. trzeba znać trzecią płytę edżoforendż, tak samo jak dwie poprzednie. trzeba mieć pojęcie, czym żyje świat, że tradycyjna telewizja to już prehistoria, że seriale ogląda się w strimingu, że papier umarł, że nowy ajfon ma to, a nowy neksus tamto, że spalinowe samochody są już pase, bo teraz modni ludzie w kaliforni jeżdżą teslami.

awogóle to u nas w tej bolandzie jest okropnie. po prostu nie-do-wytrzymania. wszystko tu jest do dupy w porównaniu z taką na przykład kalifornią. począwszy od pogody, poprzez staila, aż po klimat twórczy, ducha przedsiębiorczości, startapy i celebrytów. wszystko tam jest lepsze, bardziej ekscytujące i po angielsku.

u nas wszystko, dosłownie wszystko, na każdym kroku ssie pałkę po prostu!

dlatego duszą jesteśmy tam. w lepszym i dużo bardziej zajebistym świecie. do polackiego realu wracamy (ze wstrętem i poczuciem winy) tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie niezbędne. najchętniej byśmy w ogóle o tym zapyziałym realu zapomnieli

i przenieśli się w całości

do naszego zagranicznego życia

w bajkowym świecie

wyobraźni.


Pożegnanie z Profesorem.

Edward Żebrowski

Edwarda spotkałem w Katowicach. Byłem już po wrocławskim kulturoznawstwie i ciekawiło mnie, kto przyjdzie uczyć reżyserów na katowickim Wydziale Radia i Telewizji. Byłem już człowiekiem ukształtowanym, swoje w życiu przeczytałem i przedyskutowałem. Byłem odporny na ściemę i wiedziałem mniej więcej, czego chcę.

Edward mnie zaskoczył. Nie poznałem wcześniej nikogo takiego jak on. Był facetem ze spójną, przemyślaną postawą intelektualną, miał przenikliwe spojrzenie, miał w sobie powagę i potrafił mówić tak, by go słuchano.

Każde zajęcia z Edwardem Żebrowskim były dla mnie wydarzeniem. Nie pamiętam już jak nazywały się zajęcia, które prowadził, ale pamiętam dobrze, że analizowaliśmy filmy pod kątem scenariusza.

Pamiętam jego analizę „Pulp Fiction”. Pamiętam jak mówił o „grze z widzem”, którą prowadził reżyser tego filmu. Dokładnie pamiętam tę analizę, jej sensowność, przenikliwość i wrażenie jakie na mnie zrobiła. Edward wiedział, co mówi. Reprezentował określone stanowisko, miał zdanie, potrafił „przeczytać” film, umiał go rozebrać na czynniki pierwsze. Ta zupełnie unikalna umiejętność zrobiła na mnie duże wrażenie.

Potem nasza znajomość się rozwijała. Pokazywałem mu swoje koncepty filmowe. Oceniał je. Rozmawialiśmy. Pamiętam, że te rozmowy były wtedy dla mnie bardzo ważne.

Była to niemal modelowa więź pedagoga z uczniem w szkole artystycznej. Niczego nie mógł mnie nauczyć, ale mógł mi TOWARZYSZYĆ. I wiedział, że na tym polega jego rola. Czasami wystarczyło jedno słowo, chrząknięcie, spojrzenie, mina. I już wiedziałem. I on wiedział. Nauka w szkole filmowej polega na KONTAKCIE ze starszym, bardziej doświadczonym kolegą. Niczym więcej.

Był życzliwy i uważny. Starał się pomóc. Starał się zrozumieć, o czym chcę opowiedzieć. Potrafił być czułym akuszerem,  wnikliwym krytykiem i ostrym dyskutantem, ale zawsze potrafił zachować delikatność i powściągliwość w stosunku do młokosa, który jeszcze nie wie jak i o czym chce opowiadać.

On wiedział. Ale przewlekła choroba nie pozwalała mu tworzyć. Przynajmniej tak się wydawało. Może wiedział o tworzeni zbyt dużo i to go paraliżowało? Zawsze mnie to zastanawiało – dlaczego nie tworzy, dlaczego tylko uczy?

Kiedyś w jego mieszkaniu na Powiślu, podczas rozmowy, nagle przeprosił mnie na chwilę i wyszedł do innego pokoju. Zostawił mnie na dobre kilkanaście minut. Kiedy wrócił, zobaczyłem człowieka bardzo cierpiącego. Więc rzeczywiście był chory.

Potem nasze drogi się rozeszły. Skończyłem reżyserię. Wybrałem kino rozrywkowe. On został ze swoimi studentami, a ja mam taką wadę, że jak idę do przodu, to nie oglądam się za siebie. Kontakt się urwał.

Teraz dowiedziałem się, że Edward Żebrowski umarł. I poczułem stratę.

Byliśmy zupełnie różni. Pochodziliśmy z innych pokoleń, z innych światów, z odmiennych epok i sposobów myślenia. Jednak były chwile, kiedy czułem, że bardzo chcę mieć takiego nauczyciela jak Edward.

Był świetnym pedagogiem. Jestem pewien, że powie to każdy student szkoły filmowej, który kiedykolwiek się z nim spotkał.

I ci studenci to najważniejsze, co Edward Żebrowski po sobie zostawił.

(Więcej o Edwardzie Żebrowskim w artykule Barbary Hollender.)


Cypryjska lekcja etyki

Na początku było święte oburzenie: źli, bogaci, europejscy (niemieccy!) biurokraci chcą ukraść oszczędności prostemu, miłującemu pokój ludowi cypryjskiemu. To normalna kradzież! To podważa zaufanie do systemu bankowego w całej strefie euro! To wbrew prawu, zdrowemu rozsądkowi, przykazaniom i zwykłej, ludzkiej przyzwoitości! Bogaci Niemcy grabią bogu-ducha-winny naród cypryjski, by uratować swoje podupadające euro! Hańba! Wstyd! „Niebywały skandal!”

Następnie wraz z pojawiającymi się kolejnymi trzeźwymi i spokojnymi analizami stanu cypryjskich finansów emocje jakby cichły. Na jaw zaczęły wychodzić rzeczy, które nigdy na jaw wyjść nie powinny. Dzięki temu podatnik europejski (nie tylko niemiecki) zaczął odbierać niezwykłą lekcję tego w jakim świecie żyje, jak wygląda dziś realny kapitalizm, kto jest winny kryzysowi finansowemu i kto ma za niego płacić.

Otóż Cypr i jego banki przyjmowały przez lata kasę od każdego. Nie pytano, skąd są pieniądze. W zasadzie o nic nie pytano. Każdy mógł sobie na Cyprze schować w banku to i owo. I dziś okazuje się, że większość cypryjskich miliardów to kasa niewiadomego pochodzenia. Kasa z rosyjskiej prywatyzacji, z łapówek, malwersacji i kradzieży. Raj podatkowy „Cypr” działał sobie w najlepsze dopóki nie okazało się, że cypryjskie banki umoczyły całą tę brudną kasę w nietrafione inwestycje.

Takich miejsc na świecie jest więcej: Panama, Liechtenstein, Monaco, Luksemburg, Bahamy, Kajmany i wiele, wiele innych. Służą one do jednego: to tego by odpowiednio bogaci ludzie mogli nie płacić podatków, mogli ukrywać swoje dochody i bezpiecznie lokować swoje lewe pieniądze.

Ci biedniejsi muszą przestrzegać prawa i płacić podatki. Raje podatkowe nie są dla biedniejszych.

Ciekawa lekcja.

Wynika z niej, że do tej pory bogatsi mogli dużo więcej niż biedniejsi. Było ich na to stać. Mogli nie płacić podatków, mogli legalizować nielegalnie zdobyte pieniądze i wszyscy udawali, że jest OKEJ.

Otóż nie jest OKEJ. Jest bardzo nie OKEJ. Bo w Niemczech zbliżają się wybory i ciężko będzie wytłumaczyć niemieckiemu wyborcy-podatnikowi dlaczego ma dopłacać z własnej kasy do lewych, cypryjskich lokat, które wyparowały.

Ludzie zaczynają sobie zadawać podstawowe pytania: Dlaczego bogatszym wolno więcej? Kto spowodował kryzys? Biedni? Raczej nie. Kto ma za kryzys zapłacić? Ten kto go spowodował? Czy może ten, kto padł jego ofiarą? Gdzie do jasnej cholery podziała się ETYKA!?

I właśnie to ostatnie słowo na E jest tu kluczem.

Stara, zapomniana ETYKA. Zakurzone mojżeszowe kamienne tablice z przykazaniami, które przestano traktować poważnie.

Sęk w tym, że dekalog to najbardziej elementarny i skuteczny podręcznik ekonomii i biznesu jaki wymyślono. Te kilka przykazań to fundament, na którym zbudowano kapitalizm. I działał. Dopóki stosowano przykazania. Przynajmniej niektóre. Teraz zdumiona publika obserwuje rozpadający się kapitalizm bez etyki.

I wbrew pozorom nie ma to nic wspólnego z religią. Stosowanie dekalogu ma realny, długofalowy wpływ na dobrobyt społeczeństwa kapitalistycznego. Opowieści neoliberałów, że „chciwość jest dobra”, „każdy jest kowalem swojego losu” i „niewidzialna ręka rynku” załatwi resztę – to brednie.

Duże organizmy społeczne rozwijają się tylko wtedy, gdy działają (w miarę) etycznie. Społeczeństwo bez etyki musi się rozpaść.

I właśnie to pokazuje cypryjska lekcja. To soczewka, kwintesencja i sedno kryzysu finansowego, który wybuchł na świecie w 2008 roku i trwa do dzisiaj. Jeśli bogatsi mogą kraść, kłamać i łamać wszelkie zasady etyczne tylko dlatego, że ich na to stać, to kapitalizm nie przetrwa. Bo temu systemowi społecznemu potrzebne są dwie nogi: kapitał i etyka.

Na jednej nodze nie ustoi.


Za darmo

„Każdy według swoich zdolności, każdemu według jego potrzeb.” (Karol Marks)

W Internecie wszystko jest za darmo.

Ten blog (i miliony innych blogów w sieci) jest za darmo.

Wszystkie serwisy społecznościowe są za darmo.

Wiadomości agencyjne i najświeższe informacje z każdego zakątka świata, we wszystkich znanych językach są za darmo.

Publicystyka i opinie znawców są za darmo.

Najlepsze reporterskie zdjęcia z aktualnych wydarzeń są za darmo.

Przepisy kulinarne są za darmo.

Moda, sesje, porady, fotki są za darmo.

Dokładne mapy wraz ze zdjęciami satelitarnymi całego ziemskiego globu są za darmo.

Tłumaczenie tekstu z dowolnego języka świata na inny dowolny język świata jest za darmo.

Największa znana ludzkości encyklopedia jest za darmo.

Ogłoszenia drobne są za darmo.

Poczta elektroniczna jest za darmo.

Rozmowy głosowe i video-rozmowy są za darmo.

Pornografia jest za darmo.

Przechowywanie plików na odległych serwerach jest za darmo.

Muzyka, piosenki, płyty, te klasyczne i te najnowsze, całe dyskografie i kolekcje są za darmo.

Teledyski są za darmo.

Wszystkie nakręcone kiedykolwiek i gdziekolwiek filmy fabularne i dokumentalne można sobie ściągnąć i obejrzeć za darmo.

Napisy z listą dialogową w dowolnym języku do powyższych filmów również są za darmo.

Najnowsze i najstarsze seriale telewizyjne ze wszystkich stron świata są za darmo.

Całe biblioteki książek w formie elektronicznej od najstarszych zabytków sztuki piśmienniczej, aż po najnowsze bestsellery są w sieci za darmo. We wszystkich językach. Wystarczy tylko kliknąć. Za darmo.

Wszystkie napisane kiedykolwiek i gdziekolwiek programy komputerowe są w sieci za darmo.

Wszystkie powstałe w dziejach ludzkości gry komputerowe są za darmo.

Wszystko to jest dostępne dla każdego podłączonego do internetu komputera. Czasami trzeba trochę dłużej poszukać. Ale to wszystko jest dostępne ZA DARMO.

Wiecie, że pojęcie „raju”, „ogrodu rajskiego”, „edenu” znane jest prawie każdemu ludowi na Ziemi? We wszystkich niemal mitologiach, podaniach i legendach, każdej cywilizacji, narodu i plemienia coś na kształt RAJU zawsze występowało.

Była to kraina szczęśliwości, gdzie za nic nie trzeba było płacić, gdzie wszystkiego zawsze było pod dostatkiem. Nie działały tam prawa ekonomii, bo przecież ekonomia to nauka o zarządzaniu zasobami w warunkach niedoboru. W raju nie ma niedoborów. Wszystkiego jest w bród i wszystko jest za darmo.

W tym sensie Internet jest rajem. Wszystko można sobie SKOPIOWAĆ za darmo. I miliony ludzi z tego korzystają. Przecież jakieś dziewiętnastowieczne prawo autorskie nie może ludziom zabraniać wejścia do raju!

Poza Internetem jednak kopiowanie nie działa. Realny świat jest daleki od rajskiego dostatku. Tu nie ma nic za darmo. Nie ma darmowych obiadów, a prawa ekonomii działają z całą swoją nieubłaganą mocą.

Taki na przykład dostęp do Internetu NIE JEST za darmo.

Płaci się za to całkiem sporo. Prawdziwymi pieniędzmi.


Palące problemy z rzeczywistością

Rzeczywistość jaka jest, każdy widzi.

Kłopot w tym, że każdy widzi ją trochę inaczej. Czasami zupełnie inaczej. Zdarza się, że to co uważamy, za rzeczywistość jest tak odmienne od „rzeczywistości” innego człowieka, że nie sposób się w tej sprawie dogadać. Można nawet się w tej kwestii ostro kłócić i gwałtownie nienawidzić. A to już jest poważny kłopot.

Ze współczesną rzeczywistością jest kilka problemów. I są to problemy dotyczące nie tylko autora (pisarza, scenarzysty) starającego się do teraźniejszej rzeczywistości jakoś odnieść w swojej twórczości. Są to również problemy dużo szersze. Dotyczące każdego. Całej populacji homosapiensów, którzy w najbardziej podstawowych, ludzkich sprawach nie potrafią znaleźć sensownego konsensusu w sprawie otaczającej ich rzeczywistości.

O co mi chodzi?

Na przykład o zbyt szybkie zmiany.

W prehistorii jedno tysiąclecie nie różniło się specjalnie od drugiego tysiąclecia. Życie biegło podobnie. Człowiek musiał sobie upolować coś do jedzenia, upiec to na ognisku i tyle. Wędrowano po Planecie Ziemia, śpiewano pieśni, płodzono dzieci i szyto ciuchy ze skór tego, co się wcześniej zjadło. Tak było przez setki tysięcy lat.

Potem rzeczywistość za sprawą rolnictwa nieco przyspieszyła, ale dalej kolejne stulecia niespecjalnie się od siebie różniły. Gdyby kucharza sprzed tysiąca lat przenieść do osiemnastowiecznej kuchni – spokojnie by sobie poradził. Rozpoznałby znajome produkty spożywcze, rozpalił palenisko i ugotował co trzeba.

Podobnie z dziećmi. Dziecko sprzed dwóch tysięcy lat przeniesione tysiąc pięćset lat w przyszłość bez trudu rozpoznałoby ówczesne zabawki i bawiłoby się nimi jak swoimi.

Spróbujcie przenieść tego kucharza i to dziecko we współczesność. W dzisiejszej kuchni kucharz zgubiłby się kompletnie. A dziecko nie rozpoznałoby, co jest zabawką, a co nie.

Dzisiaj dekada nie jest podobna do dekady, a czasami nawet rok do roku. Zmiany we wszystkich aspektach życia idą tak szybko, że większość ludzi nie jest w stanie ich ogarnąć. Bo ewolucyjnie nie za bardzo przywykliśmy do zmian. A już na pewno nie do takiej ich szybkości.

Jak w tej sytuacji znaleźć między sobą w miarę jednolitą definicję rzeczywistości? Nie jest łatwo. Coś, co dla jednego „będzie”, dla innych już „jest”, a dla jeszcze innych już dawno „było”.

Weźmy taki smartfon. Czyli przenośny komputer w kształcie telefonu. Dla jednych to normalka, dla innych nowinka, dla jeszcze innych science-fiction. I nie mam na myśli Indian z puszczy amazońskiej. Mam na myśli mieszkańców jednego bloku mieszkalnego na Osiedlu Gazownika w Pcimiu Dolnym.

W takim, na przykład, filmie (powieści, wierszu, piosence) stwarza to realny problem narracyjny, bo nie wiadomo, czy występujący tu smartfon to rekwizyt z filmu historycznego, współczesnej komedii romantycznej, czy thrillera science-fiction. Nie wiadomo jakie konotacje przyda smartfonowi widz. Bo nie wiadomo jaka jest u danego widza definicja współczesności.

Nie wiem, czy wyrażam się jasno, ale co tam… Słyszeliście na pewno setki razy narzekania po filmie, że „rzeczywistość tak wcale nie wygląda…”, „Warszawa taka teraz nie jest…”, albo: „polska prowincja jest zupełnie inna…” I o to właśnie mi chodzi.

Kolejny problem z teraźniejszą rzeczywistością to zanik elit.

W społecznościach ludzkich zawsze jakieś elity były. Zawsze była grupa do której masy aspirowały, naśladowały ją i chciały być takie jak ta grupa. W feudaliźmie była to szlachta. Jak się nie urodziłeś z błękitną krwią, to nie miałeś szans na wejście do tego klubu. Mogłeś się tylko snobować. W kapitaliźmie tę rolę przejęło mieszczaństwo. „Gawiedź” przejmowała mieszczańskie nawyki, czytała podobne książki, chciała uchodzić za mieszczan, aspirowała do tej grupy.

Elita zawsze wytwarzałą rodzaj podciśnienia wchłaniającego zwykłych ludzi. „Szaraki” chciały być elitą, marzyły o wejściu do tego „lepszego” klubu. I tak było jeszcze w dwudziestym wieku.

A teraz co?

Do jakiej elity aspirują „zwykli ludzie”? Czy jest teraz w naszym kraju jakaś elita? Czy jest jakaś grupa społeczna wyróżniająca się statusem materialnym, duchowym, oraz intelektualnym? Czy jest jakaś „szlachta”, na którą „chłop pańszczyźniany” patrzy z mieszaniną zazdrości i podziwu? Czy jest jakieś mieszczaństwo, do którego można się dostać przez wykształcenie, przedsiębiorczość, oczytanie, erudycję i walory ducha?

Jest?

Przychodzi mi do głowy tylko jedna taka grupa. To tzw. „celebryci”. Czyli ludzie z różnych powodów (albo bez powodu) pokazujący się w mediach. Podobno „zwykli ludzie” marzą o celebryckiej sławie. Pokazuje to dobitnie popularność wszelkiego rodzaju pudelków, talentszołów i tabloidów.

Sęk w tym, że celebrytą można się stać na różne sposoby i walory ducha, przymioty charakteru, dobry gust i czytanie wcale nie są tu najważniejsze. Raczej wręcz przeciwnie. Jest to więc elita, czy antyelita?

Siłą rzeczy szlachta, czy potem mieszczaństwo byli „bardziej piśmienni” od reszty ludności. Oni również nie przypadkiem byli mecenasami wszelakiej sztuki. I nie tylko dlatego, że mieli kasę, ale głównie dlatego, że mieli taką POTRZEBĘ. Przede wszystkim potrzebę. Nie ma prawdziwej elity – nie ma potrzeby.

Cała właściwie sztuka do tej pory schodziła od elit do mas na zasadzie tzw. „zdrowego snobizmu”. To był stały kierunek. Teraz nie ma elit, nie ma kierunku i nie ma „zdrowego snobizmu”.

I ostatni palący problem rzeczywistości, o którym chcę trochę tu wspomnieć to nadmiar. Nadmiar wszystkiego, ale głównie nadmiar treści.

Niezłego „kontentu” fruwa wokół nas tyle, że choćbyśmy żyli pięćset lat – nie skonsumujemy. Nie przeczytamy nigdy wszystkich interesujących książek napisanych w zeszłym roku na Planecie Ziemia. Nie znajdziemy czasu na obejrzenie wszystkich filmów wartych obejrzenia. Nie poznamy nawet nazwisk najciekawszych twórców, publicystów, czy blogerów.

Jest tego za dużo.

I z każdą chwilą robi się więcej.

Tym bardziej, że oprócz interesujących i sensownych treści produkuje się całą masę niewiele wartej taniochy, którą wciska nam się przed oczy. Stwarza to nieprawdopodobny szum, hałas, gwar i zamieszanie. Ciężko w ogóle podjąć decyzję, na co poświęcić swój cenny czas.

Kiedyś, jako młody chłopak, szedłem po prostu do biblioteki w moim mieście i wszystko tam było warte przeczytania. Dziś idę do empiku i wychodzę skołowany z pustymi rękoma. Na półkach same „bestsellery”, „sensacje” i „arcydzieła”, a nazwiska autorów nic mi nie mówią, bo jest ich ZA DUŻO.

Rzeczywistość drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Moja rzeczywistość. Wasza na pewno jest inna.

PS.

Nie narzekam. Zauważam. Może trzeba usiąść i napisać o tym wszystkim komedię ;-)


Rok trzynasty

Pierwszy dzień roku trzynastego. Siedzę przy klawiaturze i popijam mocną, smołowatą kawę z kroplą mleka w małej szklaneczce. Dobrze leczy wewnętrzny niepokój obudzony wczorajszym, sylwestrowym nadużyciem wina.

Jaki będzie rok trzynasty?

Krakanie, dołowanie i straszenie trwa już w mediach od dawna. Będzie fatalnie. Trzynastka w dacie spowoduje liczne katastrofy i przesilenia. Wody wystąpią z brzegów, ropa skończy się w piaskach Arabii, a krowy przestaną dawać mleko do kawy. Kryzys, w swym poszukiwaniu dna, sięgnie najgłębszych czeluści piekielnych, a bieguny magnetyczne Ziemi zmienią swoje położenie i wschód stanie się zachodem. W tym roku na pewno można spodziewać się końca świata. Trzynastka w dacie jest dużo groźniejsza od końca kalendarza Majów.

Ludzka natura uwielbia proroków. Kochamy pławić się we wróżbach, przepowiedniach i „całkowicie naukowo pewnych” i „precyzyjnie obliczonych” prognozach tego jak będzie.

Zawsze tak było. Przyszłość przewidywali szamani i czarownicy, potem druidzi i kapłani wszelakich religii, królowie zatrudniali astrologów, jasnowidzów i jeździli do wyroczni. Każdy chciał wiedzieć, jak to będzie. Każdemu ta bajeczka była (i jest) bardzo potrzebna.

Teraz też mamy swoje własne współczesne wróżki. Robią wielkie kariery, zarabiają sporo kasy i mają się zasadniczo jak pączki w maśle. Zawsze wróżkom, astrologom i prorokom powodziło się nieźle. I sprawdzalność ich przepowiedni zazwyczaj nie miała z tym nic wspólnego.

Astrologowie, kapłani, wyrocznie i jasnowidze zawsze pobierają kasę za swoje bajki. Czasem większą, czasem mniejszą, ale nigdy nie wieszczą za darmo.

Dzisiejsze „nowoczesne” czasy niczym się tu nie różnią od innych „mrocznych” wieków. Zamiast wróżek, astrologów i wyroczni mamy EKONOMISTÓW. Nic w tym dziwnego. W naszych czasach najważniejszy jest pieniądz, więc wróżenie i przewidywanie przyszłości przypadło „kapłanom” religii pieniądza, czyli ekonomistom.

Spójrzcie na nich, gładziutko ogoleni, precyzyjnie przystrzyżeni, wypomadowani i eleganccy, wbici w kosztowne, stonowane garniturki, ze starannie wystudiowanymi, mądrymi minami wygłaszają do kamer swoje przepowiednie z absolutną, boską wręcz pewnością, że tak właśnie będzie. Nie sposób takiemu „naukowemu” mądrali nie uwierzyć.

Dokładnie tak samo działali wróże wszelacy na przestrzeni wieków. Prorocza bajka o przyszłości wymaga oprawy, żeby prostaczki i profani w nią uwierzyli. Szaman musiał się odpowiednio ubrać, musiał wpiąć we włosy sporo piórek i paciorków, żeby osiągnąć wystarczającą niezwykłość gwarantującą mu wiarygodność. Wyrocznia delficka to już był prawdziwy teatr. Ten kto do niej wchodził zostawał tak zakręcony, że wychodził zupełnie odmieniony – dymy, światła, ogień, niezwykłość, tajemniczość – wszystko to tylko w jednym celu – żeby moja bajka o przyszłości była bardziej wiarygodna i żebym w efekcie dostał za nią więcej kasy.

I tak na przestrzeni wieków tysiące wspaniałych karier zrobili ludzie opowiadający bajki o przyszłości. Najczęściej apokaliptyczne, bo na tym się najlepiej zarabiało, tego typu straszenie przynosiło zazwyczaj największe korzyści straszącemu. Do dziś ten mechanizm narracyjny działa perfekcyjnie. Media na tym zarabiają miliony.

W średniowieczu wróżami byli liczni natchnieni kaznodzieje wygłaszający swoje płomienne apokaliptyczne bajki z kościelnych ambon przed zdumioną gawiedzią. Wcześniej prorokowali hebrajscy, starotestamentowi prorocy. W starożytnej Grecji wyrocznia delficka zarabiała potężną kasę na bajkach o przyszłości.

Teraz też jest to miliardowy interes na całym świecie. Tysiące gładkolicych profesorów ekonomii opowiada swoje bajki o przyszłości i biorą za to potężną kasę. Zatrudniani są w bankach, płacą im rządy, koncerny i instytucje finansowe zawodowo zajmujące się wróżeniem.

Zawsze tak było. Każdy szanujący się władca zatrudniał na swoim dworze astrologa, jasnowidza albo wróżkę. Miał go na etacie i zawsze mógł posłuchać jego bajek. Czasami się sprawdzały, zazwyczaj nie. Co mądrzejszy wróż tak potrafił zakręcić opowieścią, że ciężko było dociec, czy się sprawdziła, czy też nie. Talent literacki w opowiadaniu bajek jest nieodzowny.

Niestety żaden z ekonomistów nie przewidział wybuchu Światowego Kryzysu Ekonomicznego. Mimo że przecież wróżenie to ich zawód i z tego żyją. Nie pomogły liczne tytuły naukowe, garniturki, delikatne uśmiechy w kącikach ust, jasne czoła i półprzymknięte powieki, spod których rzucają swoje zalotne spojrzenia do telewizyjnych kamer.

Przyszłości nie da się przewidzieć.

Pozwólcie, że powtórzę jeszcze raz to okropne, denerwujące i pozbawione nadziei zdanie.

Przyszłości nie da się przewidzieć.

Ekonomia nie jest NAUKĄ ŚCISŁĄ. To, za przeproszeniem, zwykła nauka społeczna, czyli HUMANISTYKA, czyli pic na wodę, publicystyka, eseistyka, bajkopisarstwo i gdybanie, co się komu wydaje. Z matematyką ma dokładnie tyle wspólnego co poezja (czyli niewiele).

Garniturki, krawaciki i gładkie lica współczesnych ekonomistów są dokładnie tym, czym były kolorowe szaty astrologa, jego szklana kula i piórka w pupie szamana – teatrzykiem mającym uwiarygodnić bajeczkę o przyszłości.

Cała zatem apokaliptyczna wrzawa w mediach o tym, jaki to ciężki rok nas czeka to BAJKA, opowiastka, wróżenie z fusów i ściema.

Rok trzynasty będzie dokładnie taki, jaki SAMI SOBIE POSTANOWIMY, że będzie. Jak postanowimy, że będziemy w tym roku szczęśliwi – będziemy. Jak postanowimy odwrotnie – tak się stanie.

Tak to już ze szczęściem jest – zależy od nastawienia.

I nie słuchajcie bajek PRAWDZIWYCH. Nie słuchajcie „prawdziwych” opowieści zawodowych ściemniaczy. To zawód stary jak świat i zawsze w efekcie chodzi o to, żeby ściemniaczowi było dobrze, nie wam.

Słuchajcie bajek nieprawdziwych, delektujcie się poezją, muzyką i literaturą. Oglądajcie fajne filmy i chodźcie do modnych teatrów. W fikcji zawsze jest więcej prawdy niż w „PRAWDZIE”.

I właśnie takie mam dla Was życzenia na ten rok trzynasty :-)