„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

„Uległość” Michel’a Houellebecq’a — czyli prorocza komedia ponuraka

(W tekście możliwe są daleko idące spoilery, więc czytasz Czytelniku na własną odpowiedzialność :)

Z tym pisarzem zawsze miałem problem. Pisarstwo Michel’a Houellebecq’a nieodmiennie i za każdym razem wprawiało mnie w depresyjne smuteczki.

Czytało mi się jego powieści świetnie, przewracalność stron zazwyczaj była całkiem wysoka; ciekawość, co będzie dalej również. Facet jest błyskotliwy i dobrze opowiada, jego przemyślenia są interesujące i całkiem miło przebywa się w obecności jego oryginalnej osobowości. Zawsze jednak po skończeniu jego kolejnej książki ogarniał mnie refleksyjny pesymizm, pojawiała się jakaś znienacka nadchodząca depresyjka, troska o upadający świat i wspaniałą cywilizację Zachodu, która nieubłaganie chyli się ku końcowi.

Dlatego dozowałem sobie Houellebecq’a ostrożnie. Tłumaczyłem, że francuscy intelektualiści już tak mają, zazwyczaj są pesymistami i lubią dołować, we Francji od wieków taka postawa należała do dobrego tonu wśród tak zwanych „poważnych” pisarzy. Moda na elitarny smutek to jedno, a moje osobiste samopoczucie to co innego. Dlaczego mam się zbyt często smucić za własne pieniądze?

Długo zatem wahałem się, czy czytać „Uległość”. Szczególnie po zamachach w Paryżu i po tym jak skrajnie prawicowy Front Narodowy zwyciężył w pierwszej turze wyborów lokalnych we Francji. Mówiło się, że Houellebecq wszystko to w pewien sposób przewidział w swojej najnowszej książce, mówiło się, że musiał zniknąć, że jest zagrożony i francuskie władze przydzieliły mu ochronę. Wszystko wskazywało na to, że „Uległość” będzie jeszcze bardziej pesymistyczna, jeszcze ciekawsza i niestety mocno depresyjna.

Okazało się jednak, że Michel Houellebecq tym razem napisał KOMEDIĘ. Oczywiście można się jak najbardziej ze mną spierać w tej subiektywnej ocenie, ale tak właśnie myślę, po przeczytaniu z przyjemnością „Uległości”. I jest to bardzo pyszna oraz przewrotna komedia, muszę przyznać.

Opowiada o wojnie między indywidualizmem a kolektywizmem, która rozgrywa się we Francji za kilkanaście lat. Jesteśmy w niedalekiej przyszłości, odbywają się wybory, które wygrywa „umiarkowanie” islamska partia wyznaniowa. I zaczyna się ogólnokrajowa jazda bez trzymanki.

Głównym bohaterem, jak to u Houellebecq’a, jest człowiek bardzo samotny, mężczyzna w sile wieku, wykładowca literatury, ateista, umiarkowany nihilista, zdeklarowany hedonista zajmujący się głównie romansowaniem ze studentkami, piciem różnorakich trunków i obserwowaniem, jak współczesna, zachodnia, indywidualistyczna, ponowoczesna cywilizacja ulega powolnemu rozkładowi.

Zachodzi jednak zmiana („dobra zmiana” :). Do władzy we Francji dochodzi Bractwo Muzułmańskie i zaczyna się kolektywistyczna rewolucja. Znowu zaczynają liczyć się grupy, a nie jednostka i jej wolności. Od teraz najważniejsza jest rodzina (muzułmańska), wspólnota (muzułmańska), społeczność (muzułmańska) i naród (muzułmański). Jest tylko jedno „ale” — trzeba przejść na Islam. Trzeba zadeklarować ULEGŁOŚĆ islamskiemu Bogu.

Dla mężczyzny takiego jak bohater Houellebecq’a decydującym argumentem okazuje się możliwość posiadania kilku żon, które wszystkie bez wyjątku muszą być ULEGŁE mężowi. To przekonuje zdeklarowanego ateistę, nihilistę, hedonistę i sybarytę do nowego, kolektywistycznego ładu.

Przyznacie, że pyszny pomysł na komedię. Jeśli ktoś tego we Francji szybko i kompetentnie nie sfilmuje, to będzie wielka strata dla kinematografii tego kraju. Tym bardziej, że ostatnia (i jedyna) komedia filmowa z udziałem pisarza („Porwanie Michel’a Houellebecq’a”) okazała się zaskakująco urocza i zabawna (polecam Wam ten film).

Niesamowite jest, że Houellebecq w pewien sposób wywieszczył przyszłość. Wywieszczył kolektywistyczną rewolucję nadchodzącą nie tylko w swoim kraju, ale przeczuł ogólny trend i wyniuchał wiatr nadchodzących zmian w całym prawie zachodnim świecie (i nie tylko).

Otóż, zwróćcie uwagę, że kolektywistyczne, wrogie indywidualizmowi rewolucje nadchodzą prawie wszędzie w Europie i okolicy. Na Węgrzech (Orban), w Turcji (Erdogan) i w Rosji (Putin) trwa to już od kilku lat, w Polsce (Kaczyński) właśnie się zaczęło, we Francji (Le Pen) lada chwila się zacznie, w USA prawicowi kolektywiści (Donald Trump) zdobywają kolejne serca i głosy w prawyborach.

I nie ma specjalnego znaczenia, czy jest to kolektywizm islamski, katolicki, protestancki, czy prawosławny. Ważne, że każdy z nich wyżej stawia „Dobro Narodu®” od dobra jednostki. Dla każdego z tych ruchów politycznych grupa i jej prawa jest DUŻO WAŻNIEJSZA od jednostki i jej osobistych wolności.

Co kolektywiści dają jednostce w zamian za uległość?

Ewidentnie muszą dawać coś fajnego, wartościowego i kręcącego, skoro tak bardzo rośnie w świecie moda na tę formę organizacji społecznej. Może właśnie Michel Houellebecq ma rację, że ULEGŁA ŻONA to pokusa, której żaden facet nie może się oprzeć.

Tym bardziej, że bohaterowi „Uległości” przysługiwały aż trzy takie uległe żony. Na tyle było go stać z uniwersyteckiej pensyjki.

Teraz Houellebecq powinien napisać drugą część „Uległości”, w której główną bohaterką byłaby współczesna, wyzwolona, zachodnia kobieta zmuszana przez kolektywistów do uległości.

To dopiero jest materiał na pyszną komedię.

Reklamy

Cypryjska lekcja etyki

Na początku było święte oburzenie: źli, bogaci, europejscy (niemieccy!) biurokraci chcą ukraść oszczędności prostemu, miłującemu pokój ludowi cypryjskiemu. To normalna kradzież! To podważa zaufanie do systemu bankowego w całej strefie euro! To wbrew prawu, zdrowemu rozsądkowi, przykazaniom i zwykłej, ludzkiej przyzwoitości! Bogaci Niemcy grabią bogu-ducha-winny naród cypryjski, by uratować swoje podupadające euro! Hańba! Wstyd! „Niebywały skandal!”

Następnie wraz z pojawiającymi się kolejnymi trzeźwymi i spokojnymi analizami stanu cypryjskich finansów emocje jakby cichły. Na jaw zaczęły wychodzić rzeczy, które nigdy na jaw wyjść nie powinny. Dzięki temu podatnik europejski (nie tylko niemiecki) zaczął odbierać niezwykłą lekcję tego w jakim świecie żyje, jak wygląda dziś realny kapitalizm, kto jest winny kryzysowi finansowemu i kto ma za niego płacić.

Otóż Cypr i jego banki przyjmowały przez lata kasę od każdego. Nie pytano, skąd są pieniądze. W zasadzie o nic nie pytano. Każdy mógł sobie na Cyprze schować w banku to i owo. I dziś okazuje się, że większość cypryjskich miliardów to kasa niewiadomego pochodzenia. Kasa z rosyjskiej prywatyzacji, z łapówek, malwersacji i kradzieży. Raj podatkowy „Cypr” działał sobie w najlepsze dopóki nie okazało się, że cypryjskie banki umoczyły całą tę brudną kasę w nietrafione inwestycje.

Takich miejsc na świecie jest więcej: Panama, Liechtenstein, Monaco, Luksemburg, Bahamy, Kajmany i wiele, wiele innych. Służą one do jednego: to tego by odpowiednio bogaci ludzie mogli nie płacić podatków, mogli ukrywać swoje dochody i bezpiecznie lokować swoje lewe pieniądze.

Ci biedniejsi muszą przestrzegać prawa i płacić podatki. Raje podatkowe nie są dla biedniejszych.

Ciekawa lekcja.

Wynika z niej, że do tej pory bogatsi mogli dużo więcej niż biedniejsi. Było ich na to stać. Mogli nie płacić podatków, mogli legalizować nielegalnie zdobyte pieniądze i wszyscy udawali, że jest OKEJ.

Otóż nie jest OKEJ. Jest bardzo nie OKEJ. Bo w Niemczech zbliżają się wybory i ciężko będzie wytłumaczyć niemieckiemu wyborcy-podatnikowi dlaczego ma dopłacać z własnej kasy do lewych, cypryjskich lokat, które wyparowały.

Ludzie zaczynają sobie zadawać podstawowe pytania: Dlaczego bogatszym wolno więcej? Kto spowodował kryzys? Biedni? Raczej nie. Kto ma za kryzys zapłacić? Ten kto go spowodował? Czy może ten, kto padł jego ofiarą? Gdzie do jasnej cholery podziała się ETYKA!?

I właśnie to ostatnie słowo na E jest tu kluczem.

Stara, zapomniana ETYKA. Zakurzone mojżeszowe kamienne tablice z przykazaniami, które przestano traktować poważnie.

Sęk w tym, że dekalog to najbardziej elementarny i skuteczny podręcznik ekonomii i biznesu jaki wymyślono. Te kilka przykazań to fundament, na którym zbudowano kapitalizm. I działał. Dopóki stosowano przykazania. Przynajmniej niektóre. Teraz zdumiona publika obserwuje rozpadający się kapitalizm bez etyki.

I wbrew pozorom nie ma to nic wspólnego z religią. Stosowanie dekalogu ma realny, długofalowy wpływ na dobrobyt społeczeństwa kapitalistycznego. Opowieści neoliberałów, że „chciwość jest dobra”, „każdy jest kowalem swojego losu” i „niewidzialna ręka rynku” załatwi resztę – to brednie.

Duże organizmy społeczne rozwijają się tylko wtedy, gdy działają (w miarę) etycznie. Społeczeństwo bez etyki musi się rozpaść.

I właśnie to pokazuje cypryjska lekcja. To soczewka, kwintesencja i sedno kryzysu finansowego, który wybuchł na świecie w 2008 roku i trwa do dzisiaj. Jeśli bogatsi mogą kraść, kłamać i łamać wszelkie zasady etyczne tylko dlatego, że ich na to stać, to kapitalizm nie przetrwa. Bo temu systemowi społecznemu potrzebne są dwie nogi: kapitał i etyka.

Na jednej nodze nie ustoi.


Palące problemy z rzeczywistością

Rzeczywistość jaka jest, każdy widzi.

Kłopot w tym, że każdy widzi ją trochę inaczej. Czasami zupełnie inaczej. Zdarza się, że to co uważamy, za rzeczywistość jest tak odmienne od „rzeczywistości” innego człowieka, że nie sposób się w tej sprawie dogadać. Można nawet się w tej kwestii ostro kłócić i gwałtownie nienawidzić. A to już jest poważny kłopot.

Ze współczesną rzeczywistością jest kilka problemów. I są to problemy dotyczące nie tylko autora (pisarza, scenarzysty) starającego się do teraźniejszej rzeczywistości jakoś odnieść w swojej twórczości. Są to również problemy dużo szersze. Dotyczące każdego. Całej populacji homosapiensów, którzy w najbardziej podstawowych, ludzkich sprawach nie potrafią znaleźć sensownego konsensusu w sprawie otaczającej ich rzeczywistości.

O co mi chodzi?

Na przykład o zbyt szybkie zmiany.

W prehistorii jedno tysiąclecie nie różniło się specjalnie od drugiego tysiąclecia. Życie biegło podobnie. Człowiek musiał sobie upolować coś do jedzenia, upiec to na ognisku i tyle. Wędrowano po Planecie Ziemia, śpiewano pieśni, płodzono dzieci i szyto ciuchy ze skór tego, co się wcześniej zjadło. Tak było przez setki tysięcy lat.

Potem rzeczywistość za sprawą rolnictwa nieco przyspieszyła, ale dalej kolejne stulecia niespecjalnie się od siebie różniły. Gdyby kucharza sprzed tysiąca lat przenieść do osiemnastowiecznej kuchni – spokojnie by sobie poradził. Rozpoznałby znajome produkty spożywcze, rozpalił palenisko i ugotował co trzeba.

Podobnie z dziećmi. Dziecko sprzed dwóch tysięcy lat przeniesione tysiąc pięćset lat w przyszłość bez trudu rozpoznałoby ówczesne zabawki i bawiłoby się nimi jak swoimi.

Spróbujcie przenieść tego kucharza i to dziecko we współczesność. W dzisiejszej kuchni kucharz zgubiłby się kompletnie. A dziecko nie rozpoznałoby, co jest zabawką, a co nie.

Dzisiaj dekada nie jest podobna do dekady, a czasami nawet rok do roku. Zmiany we wszystkich aspektach życia idą tak szybko, że większość ludzi nie jest w stanie ich ogarnąć. Bo ewolucyjnie nie za bardzo przywykliśmy do zmian. A już na pewno nie do takiej ich szybkości.

Jak w tej sytuacji znaleźć między sobą w miarę jednolitą definicję rzeczywistości? Nie jest łatwo. Coś, co dla jednego „będzie”, dla innych już „jest”, a dla jeszcze innych już dawno „było”.

Weźmy taki smartfon. Czyli przenośny komputer w kształcie telefonu. Dla jednych to normalka, dla innych nowinka, dla jeszcze innych science-fiction. I nie mam na myśli Indian z puszczy amazońskiej. Mam na myśli mieszkańców jednego bloku mieszkalnego na Osiedlu Gazownika w Pcimiu Dolnym.

W takim, na przykład, filmie (powieści, wierszu, piosence) stwarza to realny problem narracyjny, bo nie wiadomo, czy występujący tu smartfon to rekwizyt z filmu historycznego, współczesnej komedii romantycznej, czy thrillera science-fiction. Nie wiadomo jakie konotacje przyda smartfonowi widz. Bo nie wiadomo jaka jest u danego widza definicja współczesności.

Nie wiem, czy wyrażam się jasno, ale co tam… Słyszeliście na pewno setki razy narzekania po filmie, że „rzeczywistość tak wcale nie wygląda…”, „Warszawa taka teraz nie jest…”, albo: „polska prowincja jest zupełnie inna…” I o to właśnie mi chodzi.

Kolejny problem z teraźniejszą rzeczywistością to zanik elit.

W społecznościach ludzkich zawsze jakieś elity były. Zawsze była grupa do której masy aspirowały, naśladowały ją i chciały być takie jak ta grupa. W feudaliźmie była to szlachta. Jak się nie urodziłeś z błękitną krwią, to nie miałeś szans na wejście do tego klubu. Mogłeś się tylko snobować. W kapitaliźmie tę rolę przejęło mieszczaństwo. „Gawiedź” przejmowała mieszczańskie nawyki, czytała podobne książki, chciała uchodzić za mieszczan, aspirowała do tej grupy.

Elita zawsze wytwarzałą rodzaj podciśnienia wchłaniającego zwykłych ludzi. „Szaraki” chciały być elitą, marzyły o wejściu do tego „lepszego” klubu. I tak było jeszcze w dwudziestym wieku.

A teraz co?

Do jakiej elity aspirują „zwykli ludzie”? Czy jest teraz w naszym kraju jakaś elita? Czy jest jakaś grupa społeczna wyróżniająca się statusem materialnym, duchowym, oraz intelektualnym? Czy jest jakaś „szlachta”, na którą „chłop pańszczyźniany” patrzy z mieszaniną zazdrości i podziwu? Czy jest jakieś mieszczaństwo, do którego można się dostać przez wykształcenie, przedsiębiorczość, oczytanie, erudycję i walory ducha?

Jest?

Przychodzi mi do głowy tylko jedna taka grupa. To tzw. „celebryci”. Czyli ludzie z różnych powodów (albo bez powodu) pokazujący się w mediach. Podobno „zwykli ludzie” marzą o celebryckiej sławie. Pokazuje to dobitnie popularność wszelkiego rodzaju pudelków, talentszołów i tabloidów.

Sęk w tym, że celebrytą można się stać na różne sposoby i walory ducha, przymioty charakteru, dobry gust i czytanie wcale nie są tu najważniejsze. Raczej wręcz przeciwnie. Jest to więc elita, czy antyelita?

Siłą rzeczy szlachta, czy potem mieszczaństwo byli „bardziej piśmienni” od reszty ludności. Oni również nie przypadkiem byli mecenasami wszelakiej sztuki. I nie tylko dlatego, że mieli kasę, ale głównie dlatego, że mieli taką POTRZEBĘ. Przede wszystkim potrzebę. Nie ma prawdziwej elity – nie ma potrzeby.

Cała właściwie sztuka do tej pory schodziła od elit do mas na zasadzie tzw. „zdrowego snobizmu”. To był stały kierunek. Teraz nie ma elit, nie ma kierunku i nie ma „zdrowego snobizmu”.

I ostatni palący problem rzeczywistości, o którym chcę trochę tu wspomnieć to nadmiar. Nadmiar wszystkiego, ale głównie nadmiar treści.

Niezłego „kontentu” fruwa wokół nas tyle, że choćbyśmy żyli pięćset lat – nie skonsumujemy. Nie przeczytamy nigdy wszystkich interesujących książek napisanych w zeszłym roku na Planecie Ziemia. Nie znajdziemy czasu na obejrzenie wszystkich filmów wartych obejrzenia. Nie poznamy nawet nazwisk najciekawszych twórców, publicystów, czy blogerów.

Jest tego za dużo.

I z każdą chwilą robi się więcej.

Tym bardziej, że oprócz interesujących i sensownych treści produkuje się całą masę niewiele wartej taniochy, którą wciska nam się przed oczy. Stwarza to nieprawdopodobny szum, hałas, gwar i zamieszanie. Ciężko w ogóle podjąć decyzję, na co poświęcić swój cenny czas.

Kiedyś, jako młody chłopak, szedłem po prostu do biblioteki w moim mieście i wszystko tam było warte przeczytania. Dziś idę do empiku i wychodzę skołowany z pustymi rękoma. Na półkach same „bestsellery”, „sensacje” i „arcydzieła”, a nazwiska autorów nic mi nie mówią, bo jest ich ZA DUŻO.

Rzeczywistość drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Moja rzeczywistość. Wasza na pewno jest inna.

PS.

Nie narzekam. Zauważam. Może trzeba usiąść i napisać o tym wszystkim komedię ;-)


Zapomniane słowo na „R”

Były takie czasy, że zapomniane słowo na „R” było bardzo ważne. W niektórych środowiskach i społecznościach było nawet słowem najważniejszym.

Od niego zaczynano wszelkie rozmowy i na nim kończono. Było to kluczowe słowo przy robieniu wszelkiej maści interesów. Słowo na „R” miało decydujące znaczenie w handlu, w usługach, w przemyśle i finansach. Było również jednym z ważniejszych argumentów przy zawieraniu małżeństw.

Śmiało można powiedzieć, że zapomniane słowo na „R” było kiedyś podstawowym regulatorem życia społecznego w każdym jego wymiarze, aspekcie i przejawie.

Bez tego słowa wiele mieszczańskich społeczeństw Europy (i świata) nie rozwijałoby się, nie doszłoby do dobrobytu, potęgi i rozkwitu.

To tajemnicze, zapomniane słowo na „R” to: REPUTACJA.

Od tego, jaką cieszyłeś się reputacją, zależało wszystko. Jeśli była ona dobra – byłeś kimś. Jeśli pozwoliłeś ją sobie zszargać – miałeś przecykane. Raz zniszczoną reputację niełatwo było odbudować. Czasami nie starczało na to życia.

Dlatego o reputację bardzo dbano. W zasiedziałych, mieszczańskich społecznościach, w których wykuwał się kapitalizm, reputacja była tak samo ważnym kapitałem jak pieniądz. Dla wielu była ona kapitałem jedynym.

Liczyła się reputacja pojedynczego człowieka, całej rodziny, firmy, miasta, regionu, a nawet kraju. Skrupulatnie się jej przyglądano przed podjęciem jakiejkolwiek istotnej decyzji życiowej czy biznesowej. Prześwietlano ją i wkładano pod lupę. Sięgano do przepastnej pamięci pokoleniowej i badano reputację rodziców, dziadków i całej linii genealogicznej, zanim zatrudniono kogoś na służbę. Przecież złe cechy można dziedziczyć, mogą się pojawić w którymś pokoleniu i doprowadzić do haniebnej, brzemiennej w skutki kradzieży srebrnego widelca z kompletu rodowego. A na to nikt sobie kiedyś pozwolić nie mógł.

Potem z niewiadomych przyczyn reputacja poszła w zapomnienie.

Ludzkość gremialnie uwierzyła, że można budować kapitalizm jedynie na wyzyskiwaniu taniej siły roboczej na Dalekim Wschodzie i ogólnoświatowej spekulacji kredytem, którego nie wiadomo kto, komu i kiedy udzielił. Reputacja stała się niemodna.

Ze zmurszałych, tysiącletnich trumien Fenicjan, rzekomych wynalazców nowoczesnego pieniądza, rozległ się głośny, stugębny chichot. Jak można udzielić kredytu komuś, kogo reputacji nie znamy!? Jak można w taki kredyt inwestować, uczynić go instrumentem finansowym i obracać nim anonimowo po całym świecie!? Przecież to się żadnej logiki i żadnej kupy nie trzyma!

Przecież istotą każdej sensownej wierzytelności jest ZAUFANIE wierzyciela w REPUTACJĘ dłużnika. W dzisiejszych, turbokapitalistycznych czasach zarówno jeden, jak i drugi pozostaje anonimowy. A Fenicjanie w swoich grobach przewracają się ze śmiechu.

Czym zatem jest REPUTACJA? Co to dziwne słowo znaczy? O co z tym słowem chodzi?

Słownikowo sprawa przedstawia się prosto:

reputacja (dobra) opinia (o kimś), renoma, (dobra) sława, (dobre) imię. Etym. – łac. reputatio ‚rachuba; rozwaga’ od reputare ‚policzyć; ogarnąć myślą’; zob. re-; putare ‚obcinać; rozmyślać’.

Tyle ma na ten temat do powiedzenia „Słownik Wyrazów Obcych i Zwrotów Obcojęzycznych” Władysława Kopalińskiego.

A teraz moje, twórcze rozwinięcie tej definicji:

Reputacja to zapisana w pamięci społecznej historia czyjejś etyczności. I na podstawie tej etyczności przeszłej można wnioskować o etyczności danej osoby (instytucji) w przyszłości. Etyczność ma zadziwiającą właściwość niezmieniania się w czasie.

Reputacja to rzecz niezwyle praktyczna i pożyteczna. Dzięki niej nie damy się oszukać szemranemu biuru podróży czy parabankowi inwestującemu nasze oszczędności „w złoto”.

Dzięki niej nie damy sobie w sklepie wcisnąć horrendalnie drogiego chłamu, dzięki niej mamy szanse leczyć się u dobrego lekarza, chodzić w porządnych butach i czytać tylko sensownych autorów.

Dzięki konsekwentnie stosowanej reputacji nie doszłoby do wielkiego kryzysu finansowego, a potem do kryzysu w strefie euro. Jeśli wiadomo, kto jest kim i jaką ma reputację, przekręty stają się DUŻO trudniejsze.

Reputacja to bardzo skuteczny mechanizm. Działał przez wieki, działa i teraz, mimo swojej niemodności. Ja w każdym razie często tego mechanizmu z rozkoszą używam. Nie tylko dbam o własną reputację, ale i sprawdzam czyjąś.

Tym bardziej, że pojawił się jakiś czas temu pewien wynalazek, idealny wprost do przechowywania społecznej pamięci o czyjejś etyczności (reputacji). Ten wynalazek to Internet. Jak raz coś się w nim zapisze, zostaje na wieki.

Wystarczy tylko umieć używać wyszukiwarki ;-)


Jeszua z Nazaretu

Grota Narodzenia, srebrna gwiazda w miejscu narodzenia. Fot. Berthold Werner (Wikipedia)

Nie wiadomo tak naprawdę. kiedy się urodził. Nie jest pewne, gdzie się urodził. Tradycja chrześcijańska mówi, że miało to miejsce 25 grudnia pierwszego roku przed naszą erą w Betlejem. Ale nie ma na to mocnych dowodów historycznych.

Naukowcy przekonują, że mogło to mieć miejsce kilka lat wcześniej. Spierają się również co do miejsca narodzin. Jedni skłaniają się do wersji ewangelistów piszących, że Jeszua (imię w języku aramejskim) przyszedł na świat w Betlejem, inni za równie prawdopodobne miejsce uznają Nazaret.

O dzieciństwie Jeszui wiadomo niewiele. Zachowały się wprawdzie apokryfy opisujące ten okres życia Jeszuy, ale apokryfy, mimo że literacko są to teksty bardzo ciekawe, trudno uznać za wiarygodne źródła historyczne.

Wiele wskazuje na to, że Jeszua przyszedł na świat jako dziecko panieńskie. Nie był w każdym razie synem cieśli Józefa związanego z matką Jeszui. Dorastał w niewielkiej wsi Nazaret zamieszkanej przez konserwatywną społeczność żydowską. I zapewne nie było mu tam łatwo. Tego typu społeczności z trudem tolerują dzieci pozamałżeńskie. Chyba że fakt ten był przez rodzinę trzymany w tajemnicy przed sąsiadami.

Swoją działalność publiczną rozpoczął w okolicach trzydziestki. I przez te kilka lat, od kiedy przyszedł do Jana Chrzciciela po chrzest w Jordanie, aż do swojej egzekucji, zachowało się sporo przekazów o życiu Jeszuy z Nazaretu. Nie wszystkie są uważane za wiarygodne, wiele z nich to przekazy z drugiej ręki, niepochodzące od naocznych świadków, jest w nich sporo niespójności i fantazji. Są nawet do dzisiaj tacy, którzy uważają, że tego człowieka nigdy nie było. Że jest wymysłem swoich wyznawców. Ale to pogląd nieuprawniony i bardzo wątpliwy.

Jeszua był radykałem.

Jego radykalne idee społeczne i moralne były jednak odmienne od tego, co głosili inni radykałowie w jego czasach. A było ich wielu w Palestynie dwa tysiące lat temu.

Jeszua stronił od polityki. Nie chciał wszczynać powstania przeciw Rzymskiemu okupantowi. Nie organizował buntu i nie miał zamiaru walczyć z mieczem w ręku.

Wręcz przeciwnie. Mówił wiele o miłości bliźniego. Kazał miłować nieprzyjaciół, nadstawiać drugi policzek i był przeciwny wszelkiej przemocy. Szybko zyskał spore grono zwolenników. Jego idee stawały się popularne. Jego pozycja rosła.

Jego radykalizm moralny był bardzo niewygodny dla klasy rządzącej w ówczesnej Judei. Możne rody arcykapłańskie wystraszyły się Jeszuy z Nazaretu. Nie podobało się im, że charyzmatyczny człowiek z nizin społecznych zyskuje coraz większą popularność, głosząc swoje wywrotowe, nowatorskie i zupełnie niepasujące do ówczesnych czasów idee.

Pojmano go i w sfingowanym procesie skazano na śmierć. Okupacyjne władze rzymskie wykonały wyrok, bojąc się reperkusji politycznych działalności Jeszuy z Nazaretu.

Co po nim zostało? Co zostało po człowieku, o którym tak niewiele wiadomo?

Został jego radykalizm. Zostało jego nowatorskie i niezwykle śmiałe wyzwanie, jakie rzucił światu. Zostały jego bezkompromisowe i bardzo trudne do spełnienia idee moralne:

„Miłuj bliźniego jak siebie samego.” „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają.” „Lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi.” „Nie możecie służyć Bogu i Mamonie!” „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.” „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem.” „Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną.”

To brzmi BARDZO radykalnie nawet w naszych czasach. Dlatego tak wiele szacownych instytucji stara się ten radykalizm złagodzić.

Życzę Wam Wesołych Świąt Bożego Narodzenia.

I pomyślności w Nowym Roku.