„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Męki i katusze scenarzysty na planie

Słowa są idealne. Coś co zostało najpierw napisane przez autora, a później wyobrażone przez czytającego jest idealne, bez skazy, bez wad. Tak właśnie działa literatura. Doskonałe połączenie mózgu nadawcy z mózgiem odbiorcy. Wyłącznie poprzez słowa.

Film działa zupełnie inaczej. Dlatego scenarzysta nie jest wyłącznym twórcą filmu, ale zaledwie jego projektantem. Twórcy to ci, co pracują na planie – reżyser, scenograf, operator, aktorzy. A potem ci, co co biorą udział w postprodukcji – kompozytor, montażysta, fachowiec od efektów komputerowych itd.

Scenarzysta jest na początku tej drogi i jest autorem, ale to coś zupełnie innego niż pisarz, który jest twórcą dzieła od początku do końca. Scenarzysta tylko zaczyna. Kończy kto inny. Dlatego uważa się, że plan zdjęciowy nie jest środowiskiem właściwym dla scenarzysty.

Niesłusznie. Każdy scenarzysta powinien być na planie swojego filmu. Mimo że to obecność często kłopotliwa i rozczarowująca.

Plan zdjęciowy to miejsce, gdzie idealne opisy scenarzysty zderzają się z szarą rzeczywistością. A rzeczywistość ma tę dziwną cechę, że nie chce dać się sfilmować.

Plan zdjęciowy to miejsce nieustannych kompromisów pomiędzy tym, czego się chce, a tym, na co nas stać. Nie tylko finansowo i organizacyjnie, ale przede wszystkim twórczo. Na planie wszystko zazwyczaj idzie nie tak. Cały świat zawsze staje dęba, by tylko nie dać się sfilmować. Taka już jego natura.

Zawsze jest za mało środków, za mało talentu i za mało szczęścia, żeby przenieść sensownie to, co napisał scenarzysta na język filmu. Dlatego obecność na planie scenarzysty bywa dla niego bolesna. Czasami bardzo bolesna. Czasami scenarzysta marudzi tak bardzo, że zaczyna przeszkadzać ekipie i wszyscy mają go już serdecznie dosyć.

Dlatego scenarzysta na planie w polskim kinie to rzadkość. A szkoda.

Obserwowałem przez parę dni na planie jak Machulski reżyserował mojego KILERA. Potem zobaczyłem efekt na ekranie. Była to największa nauka scenopisarstwa jaką zdarzyło mi się w życiu odebrać. Każdemu debiutującemu scenarzyście życzę takiej przygody. Szczególnie, że miałem to szczęście trafić na reżysera, który wie co robi, a takich jest mało.

Ale scenarzysta powinien przychodzić na zdjęcia nie tylko po to, żeby się uczyć. Kiedy w końcu pojmie, na czym polega jego zawód. Kiedy zrozumie, co z tego co napisał przekłada się na film, a co nie. Kiedy już pojmie, jak ma pisać dialogi, żeby aktorzy chcieli je mówić. Kiedy załapie, jak układać dramaturgię scen, jak budować konflikty i co z tego da się nakręcić na planie. Kiedy zakuma, jak działa to skomplikowane filmowe medium. Wtedy tym bardziej powinien przyjeżdżać na plan swojego filmu.

Bo film to sport drużynowy. A im lepsza drużyna, tym większe ma szanse na zwycięstwo. Scenarzysta to silne wsparcie dla takiej drużyny. Nikt tak jak on nie zna tekstu. Nikt tak jak on nie nadaje się do twórczej dyskusji z reżyserem i aktorami. A takie dyskusje na planie często są absolutnie bezcenne dla filmu.

Często największym kłopotem reżysera jest po prostu brak wystarczająco kompetentnego twórczo partnera, żeby szybko przedyskutować jakąś ważną dla filmu sprawę. Nikt nie będzie lepszym dyskutantem w tej sprawie niż scenarzysta. Z takich dyskusji rodzą się często arcydzieła.

Dlatego jak ktoś mówi scenarzyście, że na napisaniu scenariusza jego rola się kończy i plan zdjęciowy nie jest dla niego, to znaczy, że nie ma pojęcia o filmie. Czasami filmy zawalają się tylko z tego jednego, błahego powodu. Bo scenarzysty nie było na planie.

Reklamy

11 komentarzy on “Męki i katusze scenarzysty na planie”

  1. mp pisze:

    witam! mnie się wydaje, że w PL jesczc długo nie stanie się to normą… a szkoda, fakt. inna rzecz to gotowość polskich reżyserów na tego scenarzystę na planie i gotowość produkcji.. sam Pan wie, jaki cyrk jest zawsze, brakuje na wszystko czasu, na nadgodziny zaś brakuje pieniędzy (dla ekipy) więc nie wyobrażam sobie twórczych dyskusji… żal

    no nic, może kiedyś to się zmieni…

    pozdrawiam serdecznie. mp

  2. JO pisze:

    Pod jakim względem obserwacja reżyserowania KILERA była dla Pana największą nauką? Proszę napisać więcej na ten temat.

    • Byłem debiutantem. Wszystko było dla mnie bardzo nowe. Najciekawsze było patrzenie jak tekst przeradza się w kino. Machulski poprawił w tekście sporo moich niedoróbek i błędów wynikających z braku doświadczenia.

      Ale najważniejszym chyba odkryciem wtedy było to, że film to coś zupełnie innego niż literatura, słowo. Tego odkrycia dokonałem właśnie na planie Kilera.

  3. Arek Zawada pisze:

    Patrząc na nieudaną kontynuację Kilera, (oczywiście to moje subiektywne zdanie, ale ludzie nogami także zagłosowali) wygląda na to że jednak doświadczenie pana Machulskiego było mniej istotne niż talent debiutanta :)

  4. goha pisze:

    hellou,
    całkiem niedawno obejrzałam dość niepozorny filmik pt. „Możemy zaczynać, panie McGill”, w którym scenarzysta BYŁ na planie… Zdawał się być największym utrapieniem dla reżysera, a całość przypominała mi moje własne (i całkiem niedawne) doświadczenia z pewnego serialiny… Śmiałam się jak dzika – przy filmie, taki był prawdziwy – tak jak Pan opisał – WSZYSTKO staje dęba, broniąc się przed sfilmowniem…

    Zaś moje doświadczenie (to zawodowo- serialinowe, gdzie człon „zawód” należy odczytać dwojako… ), choć dołujące, pokazało mi, że pisać każdy (no… prawie…) może, a już z całą pewnością ja, która ma tyle do napisania, ha, ha ;-)…i tak od dłuższego już czasu tutaj zaglądam… tak się regularnie upewniam, że dam radę… sic!
    pozdrawiam:-)

  5. JO pisze:

    Zgadzam się z Gohą. Niejednokrotnie poziom tych produktów jest tak niski, że nie sposób jest oprzeć się myśli, że ja zrobiłabym to lepiej. A może to tylko złudzenie?…

  6. ZiKo pisze:

    Mam Panie Piotrze pytanko natury technicznej. I bardzo uprzejmie proszę o pomoc. Jestem w trakcie pisania scenariusza filmowego (film historyczny). Wysłałem komuś (reżyser) spory kawałek tegoż i dostałem odpowiedź, że pomysł jest dobry i żebym napisał najpierw expresowo treatment, to można zawalczyć o stypendium (PISF). Dużo łatwiej mi pisać scenariusz, poczytałem troszke literatury, ale nie bardzo wiem, jak się zabrać za treatment. Czy to ma być dokładne streszczenie każdej sceny po kolei z zastąpieniem dialogów opisem tego, co kto powiedział w danym momencie, czy może to ma być ogólny opis na kilkadziesiąt stron, że zabili go i uciekł, bez opsywania wszystkich scen, wątków, itp.?

  7. Axiom pisze:

    Witam serdecznie. Natknąłem się na pański blog czysto przypadkowo, ale chce powiedzieć, że jest niezmiernie ciekawy i inspirujący, a na dodatek przydatny dla początkujących maniaków filmowych, którzy z trudem próbują wydać swoje pierwsze dzieła.:) Jeśli dobrze zrozumiałem, to, że scenarzysta znajdzie się chociażby przez dzień na planie zdjęciowym, to indywidualna sprawa danego reżysera czy producenta. Ale gdy dochodzi do uzgodnienia praw nad scenariuszem, tzw. sprzedażą, to czy warto się, no nie mówię domagać, ale zapytać, zagadnąć, by na tym planie jednak się znaleźć?

  8. ZiKo pisze:

    Witam, Panie Piotrze, przepraszam, że ciągnę temat tych praw autorskich, ale jesli Pan może, to bardzo proszę o odpowiedź (może ta wiedza przyda się też pozostałym), a jeśli Pan nie może publicznie, to może chociaż jakieś …widełki, albo na priv. Pisał Pan, że zakup praw do tekstu, pod adaptację, to jest kwestia umowna, ale jeśli właściciel praw chce, zeby to młody, naiwny, niedoświadczony scenarzysta zaproponował cenę, to jaka jest realna i tak, żeby nie wyjść jak ‚zabłocki na mydle”?


Twój komentarz nie ukaże się od razu, moderacja chwilę trwa :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s