„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Niewidzialna rewolucja technokratów

Zastanawiałem się ostatnio, gdzie jest rewolucja. Dlaczego jej nie widać, dlaczego zasnęła, zniknęła, zapadła się pod ziemię?

Od Rewolucji Francuskiej wszelkiego rodzaju przewroty myślowe zdarzały się w cywilizacji zachodniej często. Można się oczywiście spierać o ich owoce. Zawsze jednak siały ferment myślowy i skutecznie przepędzały stagnację.

Tymczasem już od blisko czterdziestu lat cisza.

Ostatnim wielkim fermentem była rewolta z końca lat sześćdziesiątych. Eksplodowała muzyka, film, zagotowało się na uniwersytetach, a na ulice Paryża powróciły barykady i butelki z benzyną. Widziałem parę dni temu w telewizji niezły dokument o tamtych wydarzeniach i zacząłem się zastanawiać, dlaczego teraz jest tak cicho.

Dlaczego ludzie pokornie chodzą w kieracie wielkich korporacji? Dlaczego potulnie spłacają kredyty, konsumują co im się podstawi pod nos? Dlaczego pozwolono na zepsucie muzyki, kina i sztuki w ogóle? Dlaczego nasza cywilizacja tak ochoczo i bez szemrania zgodziła się na dyktat wąskiej grupy finansistów, która wmówiła milczącej większości, że najważniejszy jest zysk, wydajność, rentowność, konkurencja, kapitalizm i praca? Gdzie podziały się wielkie idee, prawdziwe dziennikarstwo, szczera muzyka, wywrotowe filmy? Dlaczego wszyscy tak chętnie biorą udział w pochłanianiu plastikowych, robionych od sztancy przekazów skrojonych według wymogów korporacyjnej walki o wartość giełdową?

Co się stało z tak właściwą dla cywilizacji zachodniej buńczucznością, chęcią zmian, fermentem, niepokornością i miłością do innowacji?

Tak sobie myślałem, myślałem i stwierdziłem, że nie mam racji.

Nie jest cicho. Nie jest pokornie. Nie jest nudno.

Rewolucja trwa.

Ale jest zupełnie inna od tej z końca lat sześć dziesiątych. Jest dużo głębsza, ważniejsza i przyniesie znacznie poważniejsze skutki dla naszego świata. Jest trochę podobna do rewolucji przemysłowej w Angli z przełomu XVIII i XIX wieku. Nie jest robiona przez muzyków, poetów, filmowców, czy trybunów ludowych. Jest robiona przez technokratów.

Nie dzieje się ta rewolucja na ulicach Paryża, w kampusach uniwersyteckich czy na festiwalach rockowych. Dzieje się w zaciszach gabinetów Doliny Krzemowej i w cyberprzestrzeni. W rzeczywistości równoległej wykreowanej przez miliony komputerów połączonych w sieć.

Ikonami tej rewolucji są ludzie, których właściwie nie widać – Ev, Biz, Jobs, Page, Zuckerberg, Rose, Cashmore, Kawasaki i jeszcze paru innych. To gwiazdy nowej rewolucji. Tak jak kiedyś Joan Baez, Che, Dylan, Janis Joplin i wielu innych.

Ta rewolucja dopiero raczkuje. Dopiero się zaczęła. Ale już widać jak głębokie zmiany może spowodować. Może zmienić na zawsze prasę, muzykę, film, gospodarkę, politykę i sposób komunikowania się. W sieci wszyscy są równi i to jedno proste zdanie zmienia wszystko.

Ale czy będą to zmiany na lepsze? Czy za przełomem technologicznym pójdą zmiany w sztuce, polityce, gospodarce? Czy ludzie będą potrafili wykorzystać szansę jaką daje im wolna, anarchistyczna i nie dająca się okiełznać sieć łącząca każdego z każdym?

Tego nie wiem. Ale ewidentnie czuję puls tych zmian. Coś nowego nadchodzi, ale jeszcze nie wiadomo tak na prawdę co.

A może żadnej rewolucji nie ma i tylko mi się wydaje?

No i pofilozofowałem sobie troszkę przy sobocie ;-)

Advertisements

11 komentarzy on “Niewidzialna rewolucja technokratów”

  1. Jac pisze:

    „zacząłem się zastanawiać, dlaczego teraz jest tak cicho”
    Rewolucje wybuchały jako sprzeciw wobec opresji
    opresji politycznej – np Wiosna Ludów
    opresji społecznej – np Wielka Socjalistyczna…
    opresji obyczajowej – np. 1968
    a jakiej my teraz doświadczamy opresji?
    Wszystko jest w zasięgu ręki, wszystkie idee leżą na księgarskich półkach, w Internecie, w TV, w bibliotekach. Postmodernizm rozrzucił idee jak gwiazdy na nieboskłonie, mnogość odebrała im urodę i nie wiadomo która idea piękniejsza.
    Najsilniej świeci chyba blask pieniądza i dlatego konsumpcjonizm, silenie świeci też gwiazda Ego i stąd każdy wspina się najwyżej jak może. Ale mnie w tej diagnozie Pana Piotra spodobało się coś specjalnie:
    „Dlaczego pozwolono na zepsucie muzyki, kina i sztuki w ogóle?”
    Panie Piotrze, nie podoba się Panu współczesne kino polskie? Może parę słów na ten temat… :)
    Pozdrawiam Jacek

    • Na tym blogu piszę wyłącznie o tym co mi się podoba, to co mi się nie podoba pozostaje moją słodką tajemnicą – przynajmniej w odniesieniu do sztuki. Jeśli chodzi o kino, to w ostatnich latach jest coraz mniej dobrych filmów. Nie tylko polskich. A moich ulubionych komedii jest już jak na lekarstwo. Mam na ten temat swoją teorię. Jednym zdaniem: wielkim korporacjom słabo wychodzi produkowanie dobrych filmów (komedii, muzyki, piosenek itp.) I wcale nie jestem pewien, że jedynym powodem rewolucji jest istnienie opresji. Nie jestem również pewien, że w naszym sytym, kapitalistycznym świecie zachodu takich opresji już nie ma.

  2. sir.arturo pisze:

    Mnie najbardziej boli, że nie żyję w czasach gdzie muzyka (a zwłaszcza rock’n’roll , którego jestem wiernym słuchaczem) była tworzona z przesłaniem, miała jakieś podteksty atakujące tych, którzy zabierali wolność… A teraz szukaj wszystkiego po archiwach.
    Jeśli chodzi o dobre filmy – sądzę, że w Polsce dobre filmy nadal powstają. Jest ich niestety niewiele. Jedynie mnie dziwi, skoro mają świetny scenariusz i opowiadają ciekawą historię, czemu nie osiągają takich sukcesów jak co niektóre amerykańskie gnioty? Brak odpowiedniej reklamy?

  3. telemach pisze:

    „Dlaczego wszyscy tak chętnie biorą udział w pochłanianiu plastikowych, robionych od sztancy przekazów skrojonych według wymogów korporacyjnej walki o wartość giełdową?”

    Może z tego samego powodu, dla którego znajdują się rzesze chętnych producentów i twórców plastikowych, robionych od sztancy przekazów, skrojonych według wymogów korporacyjnej walki o wartość giełdową?

    • Sęk w tym, że zapotrzebowanie dzisiaj na Godardów, Bergmanów i Fellinich jakby mocno zmalało. A robienie filmów, których prawie nikt nie chce oglądać jest BARDZO kosztowne. Dlatego właśnie pytam o rewolucję. Dlaczego w latach 60 ci trzej panowie byli megagwiazdami? Bo było sporo ludzi, którzy chcieli oglądać te filmy. Mam również wrażenie, że to nie twórcy robią rewolucję. Oni się tylko do niej „podczepiają” w odpowiednim momencie. Rewolucja powstaje gdzie indziej. Dlatego zaciekawiło mnie gdzie jest teraz.

  4. fish pisze:

    Wolałbym żeby nie było żadnej rewolucji.Wolę spokojnie żyć.Zrobić sobie kawę ,zapalić dobrego papierosa i obejrzeć dobry film.A są takie i to w polskim wydaniu.Ostatnio widziałem „Dom zły” Smarzowskiego.REWELACJA.Jeżeli tacy ludzie jakWojciech Smarzowski i Konrad Niewolski będa kręcić filmy to jestem spokojny o polskie kino .

  5. Aubrey pisze:

    Matka Cezarego Baryki w „Przedwiośniu” mówiła, że od rewolucji lepsza jest ewolucja. To, co zrobił Jobbs jest bardziej ewolucją, nie było niczym nagłym, zaczęło od małego segmentu rynku, ale zmieniło podejście do telefonów komórkowych oraz Internetu. Zazębiło się to z różnymi Twitterami czy Facebookiem. I tak chyba faktycznie jest lepiej.

  6. telemach pisze:

    @Piotr W. :

    Dlaczego w latach 60 ci trzej panowie byli megagwiazdami?
    Odpowiedź prosta brzmi: bo film Piotrze był (zupełnie) innym medium niż dzisiaj. Podobnie jak literatura na przełomie wieków XIX i XX. Albo malarstwo i rzeźba w czasach renesansu.

    Odpowiedź trochę bardziej skomplikowana wymagałaby ustalenia wpierw co to właściwie znaczy być megagwiazdą? Megagwiazdą – dla kogo? Czy oni naprawdę byli megagwiazdami? Godard przypuszczalnie by się zdziwił, jego ówcześni krytycy również. Wówczas on był dla ogółu niszowy. Garstka intelektualistów, która go oglądała i interpretowała nie gwarantowała jeszcze statusu megagwiazdy. Teraz to tak może wygląda, z odległości i dla kogoś, dla kogo niegdysiejsze emocje z zawodowego punktu widzenia dalej żyją.

    Możemy stwierdzić koniec pewnej epoki, faktycznie idzie nowe. Trudno powiedzieć czy lepsze, na pewno inne. Nie okłamujmy się jednak, że system nie pozwala np. robić dobrego kina, kina które (jednocześnie) onieśmiela krytyków, zachwyca publiczność, uczy pokory jurorów – a na koniec jest finansowym sukcesem. Nie jest łatwo. W zasadzie niemożliwe. Aż tu nagle przychodzi taki Alejandro González Iñárritu i robi jeden film za drugim chociaż w zasadzie to niemożliwe. 60-letni Michael Hannecke tworzy „Białą wstążkę”,- czarno-biały film z akcją rozgrywającą się w 1914 roku na wsi – w zasadzie o niczym. I banki finansują, krytycy klękają, milionowa publiczność siedzi oniemiała. Bergman by dostał kompleksów.

    Nie grzebałbym filmu szukając gorączkowo nowej areny gdzie jest łatwiej, bo karty jeszcze nie rozdane i wszystko może się wydarzyć. Nijakość pozostanie nijakością mimo możliwości stwarzanych przez socjalne sieci oparte o nowe technologie. W gruncie rzeczy nic się nie zmieniło: jeśli mam do opowiedzenia historię i umiem to zrobić (o wiele) lepiej niż inni, to wszystko jedno jaki kanał wybiorę. Wszystko nadal sprowadza się do wiedzy i umiejętności odzwierciedlających się w jakości narracji. Twitter nic tu nie zmienia.

    • @telemach

      Sęk w tym, że produkcję tzw. „trudnego”, „problemowego” kina jest stosunkowo łatwo sfinansować. Europa dotuje takie filmy chętnie. Prawie nikt ich jednak nie ogląda. Nie ma mody na takie kino. Kiedyś Felliniego BŁAGANO żeby zrobił film w Hollywood. Dziś nawet by do niego nie zadzwonili.

      Najlepiej jednak widać to zjawisko w muzyce rozrywkowej. Jej jakość spadła tak drastycznie, że stała się już przysłowiowa. Tysiące piosenek z lat 60 wciąż żyją w radiach i będą żyć wieki. Ile z dzisiejszych „przebojów” jesteś w stanie zanucić?

      Wszystko przez to, że lata 60 były ideowo rozhuśtane. Nasze jakoś jeszcze nie są.

  7. telemach pisze:

    @Piotr:

    ” (…)Prawie nikt ich jednak nie ogląda. ”

    Zobacz jaką oglądalność miał „Das weisse Band” w zeszłym roku. A grają i grają i końca nie widać.

    „(…)Nie ma mody na takie kino. ”

    Mówisz o Polsce? Bo tu akurat jest, niewiarygodna nawet.

    „Kiedyś Felliniego BŁAGANO żeby zrobił film w Hollywood. Dziś nawet by do niego nie zadzwonili.”

    Ale do Michaela Haneke zadzwonili. I ubłagali bay zrobił hollywoodzki remake swego własnego filmu. „Funny games” to niebyle jaki kawałek kina.

    I do Iñárritu też zadzwonili, ba ubłagali aby po „Amorres perros” był łaskaw nakręcić „21 gramów”. W Hollywood. A potem dali pieniądze na „Babel”.

    Istotnie nie dwonią już do Felliniego. Ale do Eisensteina też nie. Nawet do braci Lumiere nie zadzwonią.
    Piotrze, Fellini, Bergman i Godard nie odeszli w niebyt. Oni się tylko obecnie nazywają Iñárritu, Haneke i Rodriguez.

  8. Jac pisze:

    Rozumiem tworzenie filmów ambitnych w Europie – tam pieniądze jeszcze się jakoś znajdą, ale dziwię się jednemu – jak to jest, że w Polsce robi się ok. 30 filmów rocznie, a zarabia na siebie (chyba) tylko kilka produkcji? Skąd my bierzemy pieniądze na pozostałe filmy? Dotacja z PISF-u czy nawet z Unii nie załatwia przecież wszystkiego, a Rockefellerów w Polsce jest niewielu…
    Pozdrawiam Jacek


Twój komentarz nie ukaże się od razu, moderacja chwilę trwa :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s