„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Trzy bajki o tym, jak jesteśmy rąbani na kasę

Moneta (a właściwie żeton), którą starszy pan znalazł w samochodowym radiu.

Zawodowo zajmuję się opowiadaniem bajek. I zawsze są to bajki fikcyjne. Dlatego dzisiaj postanowiłem opowiedzieć Wam coś całkowicie prawdziwego.

Będą to aż trzy bajki. Każda będzie o czym innym, ale tak naprawdę wszystkie będą o tym samym.

Na własny użytek nazywam to zjawisko „ekonomią szwindlu” (nasi dziadkowie mówili o tym: „czekanie na jelenia”). Jest to ostatnio bardzo powszechne. Staje się obowiązujące i wszechogarniające. Uprawiają ten proceder wielkie międzynarodowe koncerny i małe rodzinne firmy. Ci pierwsi dużo częściej, ci drudzy rzadziej.

Mam niepokojące wrażenie, że „ekonomia szwindlu” zastępuje pewną piękną ideę zwaną „wolnym rynkiem”. I w odróżnieniu od tej idei, która wciąż pozostaje w sferze idei, zjawisko to staje się rzeczywistością.

A więc do dzieła:

Bajka pierwsza: O tym, co pewien starszy pan znalazł w samochodowym radiu.

Pewien starszy pan zapragnął mieć porządny samochód. Pojechał do salonu znanej światowej marki słynącej z wysokiej jakości swoich aut i zaczął je wnikliwie oglądać. Bardzo mu się te fury podobały. Jednak szybko policzył, że nie stać go na żaden z fabrycznie nowych modeli.

Na placu przed salonem natknął się na modele używane. I tutaj doznał olśnienia. Na auto dwuletnie w dobrym stanie było go już stać. Kosztowało prawie dwukrotnie mniej niż nowe. Starszy pan tak się ucieszył, że zapomniało go to nawet zdziwić.

Szybko stał się szczęśliwym posiadaczem samochodu wymarzonej marki. Auto jeździło wspaniale, było starannie wykonane i niezawodne.

Jednak po jakimś czasie starszy pan odkrył jego jedyną wadę. Było to radio. Czasami radio samochodowe się zacinało, przestawało grać, by po kilku chwilach znowu wrócić do normy.

Starszy pan się tym nie przejmował. Uznał, że radio to drobiazg i może żyć z tak mało istotną usterką.

Jednak stan radia się pogarszał. Psuło się częściej, głównie na wybojach. W końcu pewnego dnia przestało grać zupełnie. A było to radio pasujące tylko to tego konkretnego modelu samochodu. Innego radia nie można było tam włożyć.

Starszy pan ubrał się więc elegancko i pojechał do salonu znanej marki by oddać radio do serwisu. Tam ubrany w szykowny garnitur serwisant powiedział panu, że firma nie naprawia takich radii, tylko wymienia je na nowe. A cena nowego radia wynosi 2460 złotych.

Starszy pan bezwiednie uniósł brwi, podrapał się po głowie i grzecznie podziękował. Nie stać go było na radio w cenie telewizora.

Po powrocie do domu starszy pan postanowił sam naprawić radio. Wymontował je, rozkręcił i zamarł zdziwiony. W radiu była moneta.

Ktoś, kiedyś z niewiadomych powodów wrzucił niewielka monetę przez szparę na płyty CD. Moneta latała po wnętrzu radia, zwierając przypadkowo ze sobą różne elementy.

Uradowany pan wyjął monetę i zamontował radio z powrotem. Niestety radio nie działało.

Starszy pan zaniósł więc radio znajomemu fachowcowi zajmującemu się naprawą sprzętu AGD. Po jakimś czasie fachowiec orzekł, że radia nie da się już naprawić.

Smutny starszy pan wszedł do Internetu i zaczął szukać. Na Allegro znalazł używane radia tego typu za 500 – 600 złotych. W internetowym sklepie w Atlancie (USA) znalazł nowe radio za 400 dolarów (1200 zł). Nie rozumiał takiej rozbieżności cenowej za jeden i ten sam przedmiot.

Postanowił jednak spróbować jeszcze raz. Znalazł adres warsztatu tunningowego specjalizującego się w car-audio samochodów jego marki. Pojechał tam i oddał radio do naprawy.

Po dwóch tygodniach starszy pan odebrał sprawne radio i zapłacił 200 złotych. Był szczęśliwy, choć wcale nie był pewien z jakiego powodu.

Bajka druga: O baterii do laptopa, która raz działała, a raz nie.

Pewien młody człowiek postanowił kupić sobie dobrego laptopa. Lubił komputery i znał się na nich, więc bez trudu wybrał odpowiedni model. Kosztował on prawie trzykrotnie więcej niż laptopy innych firm, ale chłopak wiedział, że „ludzi biednych nie stać na rzeczy tanie”.

Po dłuższym czasie zaczęła szwankować bateria. Młody człowiek wiedział jednak, że to normalne. Ogniwa litowo-jonowe tracą z czasem swoją sprawność i bateria „trzyma” znacznie krócej. Trzeba było kupić nową baterię.

Chłopak był jednak sprytny. Nowa bateria tej markowej firmy kosztowała 600 – 700 złotych. A kompatybilny niemarkowy zamiennik 250 złotych. Młody człowiek wiedział, że w zamienniku są dokładnie te same standardowe ogniwa litowo-jonowe co w oryginale. Wiedział, że na świecie jest tylko kilka firm produkujących te ogniwa i że nie ma sensu przepłacać za oryginał, w którym jest to samo, co w zamienniku.

Kupił więc baterie kompatybilną, nie oryginalną. A za zaoszczędzone pieniądze dobrze się zabawił.

Niestety bateria nie działała. To znaczy działała, ale nie zawsze. Innymi słowy mówiąc, raz działała, a raz nie.

Czasami, raz na jakiś czas, komputer pracujący na tej nowej baterii bez ostrzeżenia wyłączał się. I było to BARDZO denerwujące.

Młody człowiek zaczął główkować. W końcu, węsząc spisek, postanowił zrobić eksperyment. Wykasował z dysku laptopa system operacyjny Windows z firmowymi sterownikami producenta laptopa i w to miejsce zainstalował inny system operacyjny – Linux.

Linux to wolne, otwarte oprogramowanie robione za darmo przez hobbystów. Nie jest ono związane z żadną wielką korporacją, ani z żadną firmą nastawioną na zysk.

Jakież było zdumienie młodego człowieka, kiedy okazało się, że jego markowy laptop pod Linuksem działa bez problemu. Jego niemarkowa bateria-zamiennik nie szwankowała. Komputer przestał się niespodziewanie wyłączać.

A jeszcze niedawno młody człowiek był o krok od kupienia oryginalnej baterii za absurdalną cenę.

Bajka trzecia: O kurteczce dziecięcej, która nie wiedziała ile jest warta.

Kurteczka narodziła się na chińskiej prowincji w wielkiej, gwarnej szwalni pracującej na trzy zmiany, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku. Jej uszycie trwało niecałe 5 minut i kosztowało 1 – 2 dolary amerykańskie.

Następnie kurteczkę zapakowano do kontenera, a kontener gigantycznym kontenerowcem popłynął do Rotterdamu. A może był to Hamburg, kurteczka dokładnie tego nie pamięta, bo przecież była zamknięta w stalowym kontenerze.

Wczesną jesienią dziewczęca kurteczka zawisła na wystawie eleganckiego sklepu w modnej dzielnicy wielkiego europejskiego miasta. Na metce widniała nazwa bardzo markowej firmy odzieżowej i cena – 150 euro.

Nikt jednak tej pięknej kurteczki nie kupił, choć zbliżała się zima.

Po Świętach Bożego Narodzenia kurteczka została przewieziona do wielkiego outletu na obrzeżach miasta i powieszona na wieszaku z ceną 100 euro.

Ale przyszła wiosna i kurteczka dalej tam wisiała. Zapakowano ją więc do wielkiego worka, załadowano na samochód i wysłano w daleką drogę na wschód.

Wypakowano ją w jednym w warszawskich sklepów z używaną odzieżą, choć kurteczka wcale nie była używana. Na metce przyklejono cenę 30 złotych (10 dolarów). Jeszcze w tym samym dniu kupiła ja pewna pani dla swojej córeczki.

Kurteczka bardzo spodobała się dziewczynce. Podobała się również jej mamie, która pękała z dumy. Zapłaciła tylko 30 złotych za markową, porządną i ładną dziecięcą kurteczkę.

Tylko kurteczka wciąż była smutna. Bo sama już nie wiedziała, ile jest warta.

Jaki z tego morał?

Morał dośpiewaj sobie sam, drogi czytelniku.

Ja dośpiewałem ich sobie aż trzy. Trzy bajeczki – trzy morały.

  • Po pierwsze, nie należy się dawać rąbać na kasę cwaniakom. Nawet jeśli tym cwaniakiem jest wielka, modna, światowa korporacja. Wiem, to banał.
  • Po drugie, do wydawania pieniędzy trzeba podchodzić tak samo (albo nawet bardziej) kreatywnie, jak do ich zarabiania. Sensowne wydawanie pieniędzy jest czynnością trudną i trzeba się do niej intelektualnie przyłożyć.
  • Po trzecie, w naszym dziwnym świecie wmawia się nam taką dziwną modę, żeby się niczemu nie dziwić. A ja uważam, że trzeba się dziwić. Dziwnemu zawsze trzeba się dziwić.

(Wiem, długi wpis, jeden z dłuższych ostatnio, ale w długi weekend przy Święcie Zmarłych wszyscy mają więcej czasu na czytanie ;-)

Reklamy

11 Komentarzy on “Trzy bajki o tym, jak jesteśmy rąbani na kasę”

  1. > Po pierwsze, nie należy się dawać rąbać na kasę cwaniakom
    > Nawet jeśli tym cwaniakiem jest wielka, modna, światowa korporacja.
    > Wiem, to banał.

    A czy to nie Ty czasem kupiłeś Mac’a ? ;)

    Co do ceny czegokolwiek to stara zasada mówi, że jest tyle warte ile ktoś za to chce dać.
    Sprzedawanie w firmowych salonach urządzeń radiowych, nawigacyjnych itp. itd. za kosmiczną cenę (ponad x10) i na dodatek przestarzałych o parę lat jest dla mnie nie tyle przejawem rąbania na kasę co skrajnej głupoty tzw. ‚marek’ pokazujących w ten sposób, że swoich klientów ma za frajerów,debili i generalnie ma ich w pupie. Bo zamiast dostarczyć im DOBRY towar za ROZSĄDNĄ cenę (nie mówię, że musi być najtaniej) to próbują wpychać rupiecie za cenę jakby były całe z platyny. Żenada :(

    Co do tytułu – dla Władz, Koncernów itd. jesteśmy tylko tyle warci ile da się nas maksymalnie ostrzyc na kasę.
    Nic więcej nie znaczymy.

    pozdrawiam
    Arek

  2. Kamil pisze:

    To i ode mnie, wraz z serdecznymi słowami: Dzień Dobry!, bo po raz pierwszy zawitałem na tego ciekawego bloga, mała bajeczka w telegraficznym skrócie:

    Niemowlę cierpi na kolkę. Jak wiadomo, na kolkę u niemowląt pomaga łyżeczka kminku dodawana do mleka. Kminek można kupić poniżej 1 zł za papierową saszetkę. Wystarczy na długo. Jest to jednak metoda nieeuropejska i pasuje raczej do ciemnogrodu, niż do Polski wykształconej. Na forach dyskusyjnych dla matek i ojców prowadzone są na ten temat żywiołowe dyskusje. W Europie produkuje są specjalne PREPARATY dla niemowląt, które sprowadza się nad Wisłę z Niemiec. Nie ma jak dobry germański lek dla polskich niemowląt – rodzice chwalą i polecają. Preparat kosztuje ponad 60 zł za opakowanie wielkości pudełka tradycyjnej herbaty. Można kupić go przez internet albo przywieźć zza granicy. Nazwa preparatu jest rzeczywiście bardzo zachodnia i trudna do wymówienia. W słowniku niemiecko-polskim tłumaczy się ją: KMINEK;)

  3. SamWieszKto pisze:

    Bardzo sympatyczne bajki. Z morałem. Ale raczej … dla dorosłych ;)

  4. Doskonale ujęte. „Sam bym lepiej nie napisał” (a mam wysokie mniemanie o swoim pisaniu ;)).
    A poważniej, podobne szwindelki są na każdym kroku. Warto się nauczyć je odróżniać.

  5. caddicus pisze:

    Gdy sprawa dotyczy przedmiotów to pół biedy. Gorzej, gdy zaczynamy być nabijani w butelkę w sprawie naszego zdrowia.
    Kilka dni temu moja siostra przeszła operacje wymiany stawu biodrowego na endoprotezę. Operacja przebiegła sprawnie z jednym drobnym i mało istotnym zastrzeżeniem: operowana noga jest dłuższa o 3,5 cm. Ten drobiazg jest widoczny gołym okiem, o czym zaświadczam, bom naocznie stwierdził.
    Moja siostra zmartwiona tym drobiazgiem zwróciła uwagę Panu Ordynatorowi, który ją operował (i skasował), że teraz będzie w gorszym stanie niż przed operacją. Pan Ordynator niezrażony swoją porażką odpowiedział, że on zrobił wszystko prawidłowo, natomiast problem jest w strukturze jej kości i tak naprawdę to sama sobie winna…
    Kurtka w dętkę!!! – a zwykłych stolarskich metrówek czy suwmiarek to NFZ nie finansuje szpitalom?

  6. Takijakty pisze:

    Starszy pan tak się ucieszył, że zapomniało go to nawet zdziwić.

    Nie rozumiem tego zdania. :)

  7. telemach pisze:

    „Sensowne wydawanie pieniędzy jest czynnością trudną i trzeba się do niej intelektualnie przyłożyć.”

    Bardzo mnie te bajki ujęły za serce. Problem jednak Piotrze, że nadchodzi taki dzień, że nie chce Ci się już ścigać z systemem. Czasem po 20 latach. Czasem po 30. Ale zawsze nadchodzi. Nadchodzi dzień, w którym nie chce Ci się już nikogo przechytrzać, z nikim się ścigać. System ma (zawsze) dłuższy oddech. I nieograniczone możliwości robienia z Ciebie durnia. A czas który my mamy do naszej dyspozycji jest (niestety) ograniczony.

  8. Przemas pisze:

    Witam,
    żyjemy w takich czasach i co ważniejsze, w takim kraju, który żyje z szfindlu. Nie wyobrażam sobie usługi bądź przedmiotu, na którym możemy zostać rąbnięci, zrobieni w bambuko itd itp Zaczynając od motoryzacji (np. wymiana dobrych części na gorsze w serwisie) a kończąc na pączkach za 0,50 groszy które z pączkiem nie mają wiele wspólnego mimo, że smakują podobnie…

  9. terraustralis pisze:

    Czyli glowne przeslanie to to, ze nalezy kombinowac.
    I ta wlasnie ceche wpoilo mi zycie pod komunizmem.
    Teraz urzeczywistniam to w Australi.
    Niestety nie przekazalem tej cechy genetycznie mojej corce.
    Ona nie moze wpojono jej potulnosc w systemie anglosaskim.
    Przeniosla sie do Angli i tam jej dobrze chociaz ja w jej sytuacji bym cierpial.
    Nie wyjechalem na emigracje aby cierpiec.
    Poza tym kazde cierpienie skraca zycie bo sie odklada w sytemie odpornosciowym.


Twój komentarz nie ukaże się od razu, moderacja chwilę trwa :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s