„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Zamordyzm!

Wolność jest na ustach wszystkich.

Pieścimy to słowo, odmieniamy czule przez wszystkie przypadki, wykrzykujemy je w ulicznych demonstracjach, wypisujemy krwią na sztandarach i szepczemy w szczerych modlitwach wprost w Boże uszy we wszystkich językach świata.

Wsadzamy znaczenia słowa „wolność” w całą masę innych słów, które czcimy i wielbimy na równi z tym oryginalnym: „demokracja”, „wolny rynek”, „tolerancja”, „bezstresowe wychowanie”, „swoboda”, „liberalizm”, „przyzwolenie”, „róbta co chceta!”, „wolność słowa”, „wolność zgromadzeń”, „wolność gospodarcza”, „swoboda obyczajowa” i tak dalej, i tak dalej.

I powiem wam, że zawsze (w zasadzie) jestem za „wolnością”. Zanim stałem się zagorzałym pragmatykiem, byłem przez długi czas liberałem. Czasami nawet ultra-liberałem, libertarianinem, libertynem i liberało-konserwatystą – kochałem „wolność” ;-)

Sęk w tym, że bez zamordyzmu się nie da.

Nie da się i już.

Bez zdecydowanego, silnego złapania człowieka za mordę, człowiek ten nie ma szans dojść w życiu do czegokolwiek wartościowego. Niczego się nie nauczy, niczego nie stworzy, nie zachowa zdrowia i sprawności, nie utrzyma rodziny, nie wychowa dzieci, nie ma szans na długoterminowy sukces.

Tylko brutalny zamordyzm może zapewnić szczęście wolnemu człowiekowi. To ci dopiero paradoks, nie?

Bez despotycznej władzy artysty nie powstało, nie powstaje i nie powstanie żadne godne uwagi dzieło sztuki. W sztuce nie ma ani wolności, ani demokracji. Twórczość można okiełznać i ukierunkować tylko brutalnym samochwyceniem się za ryj. Bez dyscypliny niczego się nie osiągnie.

Podobnie jest ze zdrowiem. Jeśli nie będziemy w stanie narzucić sobie twardej dyscypliny w sprawie tego co jemy (a czego nie), co palimy (a czego nie), co popijamy (i w jakich ilościach), jak często się ruszamy (i jak intensywnie), jeśli tego nie będziemy kontrolować, zdziadziejemy, zgnuśniejemy, zapuścimy się i przez resztę życia będziemy zajmować się głównie wydawaniem z siebie brzydkich zapachów.

Każdy aspekt naszego życia wymaga ostrego, konsekwentnego i sensownego wzięcia się za twarz. Wokół pełno jest idiotycznych pokus, dróg na skróty, wytrychów, czy po prostu wygodnych kanap, na których tak łatwo zalec i leżeć aż do śmierci, której nikt nawet nie zauważy.

W samolotach nie ma demokracji. Jest zamordyzm kapitana. Na statkach to samo. Rządzi jeden (nawet jak jest idiotą i sprowadza statek na skały). Na wojnie za niesubordynację dostaje się kulę w łeb. Podobnie jest w biznesie (z wyjątkiem kuli, choć nie zawsze). W sporcie brutalny zamordyzm jest na porządku dziennym, wie o tym każdy trener i każdy zawodnik.

Codziennie tysiące wolnych ludzi sami siebie biorą we własną niewolę i narzucają sobie przemocą coś, czego wcale nie chcą robić, tylko po to, by do czegoś sensownego w życiu dojść.

A jak na przykład jest z autorami?

Jak ci dziwni, kreatywni ludzie zmuszają się do codziennego, samotnego siedzenia na czterech literach i pisania opowieści, którymi później odbiorcy będą się delektować? Jak to jest, że chce im się robić coś tak horrendalnie nudnego, niezdrowego i dziwnego?

Zmuszają się. Stosują bezwzględną przemoc wobec samych siebie. Zaciskają zęby i wydają sami sobie rozkazy. Są jednocześnie swoimi przełożonymi i podwładnymi.

Nie jest to łatwe. Sporo o tej walce można przeczytać w wywiadach ze znanymi autorami. Zawsze zaczyna się od dyscypliny i zamordyzmu, które z czasem przechodzą w nawyki, rytuały twórcze i codzienną rutynę pisarską.

Pewien pisarz i znany copywriter – Eugene Schwartz oparł swój prywatny zamordyzm na zegarku. A właściwie na kuchennym minutniku. Nastawiał go co rano, w każdy dzień roboczy na 30 minut, siadał przy biurku i siedział do momentu, kiedy minutnik zadzwonił.

Niewiele mógł w tym czasie robić. Mógł siedzieć przez pół godziny i patrzeć w sufit, ale mógł też pracować, pisać, wymyślać reklamy. Po 30 minutach zegarek dzwonił i Eugene Schwartz miał 10 minut przerwy od zamordyzmu. Musiał wstać z krzesła i zrobić cokolwiek, na co miał ochotę.

Po dziesięciu minutach siadał z powrotem przy biurku i nastawiał minutnik na kolejne 30 minut. I cały cykl się powtarzał.

Robił tak sześć razy dziennie, pięć dni w tygodniu. W weekendy nie stosował zamordyzmu. Tu można więcej przeczytać o tej pełnej przemocy i brutalności metodzie twórczej.

I co państwo na to?

Gdzie zaszedłby ten autor bez zamordyzmu?

Ernest Hemingway kombinował jeszcze sprytniej – oprócz normalnego zmuszania się do pisania, zmuszał się również do przestawania pisania wtedy, kiedy mu najlepiej szło. Kiedy wiedział co dalej, kiedy żarło, kiedy pisał jak szalony. Wtedy robił STOP. I szedł na wódkę, albo na ryby. Na drugi dzień z entuzjazmem siadał do pisania, bo wiedział, co ma pisać.

No więc widzicie, że cała ta „wolność” i humanitarna delikatność to ściema.

Liczy się brutalna siła, terror i zamordyzm. Liczy się przymus i dyscyplina.

I daje to zdecydowanie najlepsze rezultaty, jeśli jest stosowane na samym sobie.

Advertisements

19 komentarzy on “Zamordyzm!”

  1. G pisze:

    święta prawda!

  2. Karol pisze:

    Tak, tu nie ma nawet z czym dyskutować. Jedna uwaga: lepiej samemu brać się za mordę, niźli miałby robić to ktoś inny. Zresztą, jeśli się za mordę nie bierzemy, to w końcu inni nas wezmą.

  3. clavier pisze:

    super motywująco- inspirujący wpis . Z minutnikiem fajna sprawa, bo są przerwy ;). Te 8 godzin na tyłku wytrzymać codziennie – trudne, zwłaszcza jeśli ma się kręćka. Mnie nurtuje jeszcze jedna sprawa, mianowicie obecność ludzi. Z jednej strony ich bliskość codziennie jest niesamowicie inspirująca, a z drugiej 8-godzinna robota w biurze zabija kreatywność i rozprasza. Często jadąc rano metrem wymyślę coś zabawnego, zdążę zapisać albo i nie zdążę, bo muszę wysiadać i biec , a w pracy w nawale obowiązków o wszystkim zapomnę i jakoś mi żal , że muzę odpędzam, nie doceniam, że się obrazi i odejdzie do kogoś bardziej wdzięcznego. Czy pisząc w domu nie ulegamy izolacji, a może jest ona potrzebna? Co Pan o tym sądzi?

    • Sprawa jest trudna – izolacja jest konieczna do pisania, z drugiej jednak strony trzeba bywać między ludźmi, żeby nie zdziczeć i dostawać inspirację. Każdy autor musi tu znaleźć własny złoty środek.

      • Kylinn pisze:

        to chyba Stachura pisał, że kiedy pisał, miał wrażenie, że powinien więcej czytać, a kiedy czytał, że powinien więcej z ludźmi przebywać, żeby mieć o czym pisąć i tak dalej… Tak jak Pan napisał każdy musi znaleźć sobie złoty środek…

  4. Śliwek pisze:

    Mogę z innej beczki … właśnie przeglądam projekty które wygrały konkurs TVP (nowe seriale) … no miała być świeża krew … a jakoś te nazwiska temu przeczą :D

    A w temacie … no trochę trwało zanim się „załapałem za mordę”. A teraz, na pewno pomaga mi stały plan dnia. I to że piszę codziennie. Jeden dzień przerwy potrafi zburzyć rytm dosyć skutecznie. Poza tym „nie pisanie” powoduje „nie pojawianie się nowych pomysłów”, wywołuje blokadę. Pisanie wywołuje efekt lawiny, czasami tak ostrej że odsuwa na dalszy plan to nad czym aktualnie pracuję.

    No ale ja sam musiałem się „za mordę złapać” … ktoś jak mnie próbował, próbuje, (a już jak powtórzy więcej niż raz że mam coś zrobić) do czegoś przymusić … opór materii aż dziw bierze :).

    Tak więc … „chwytam się za ryj i lecę stukać w klawiaturę” … :)

  5. Basia pisze:

    Kurczę, wolę kartofle skrobać niż pisać prozę. Wierszydło to się jeszcze jakoś napisze, takie żeby mnie zadowoliło (czy innych to już inna inność). Prozaikom- pomniki stawiać, a cóż mówić o tak zmyślnych powieściach jak Pana, i wielu innych. Pomijając już talent, bo bez tego do chrzanu, ale właśnie ta samodyscyplina. Nie mogę się zebrać i napisać trochę tekstu o paru historycznych już, lokalnych osobistościach, a już powieść… Jeszcze mnie wkurzyła taka jedna mądrala wszechwiedząca, że dla piszących, pisanie to sama przyjemność, i w ogóle samo im się pisze. Baba, która sama trzech zdań nie napisała.
    Właśnie wczoraj naszła mnie myśl, jak bym żyła bez słowa pisanego, straszna myśl..

  6. Basia pisze:

    To oczywistość, ale jednak dodam, że oprócz tego co wymieniłam powyżej, ludzie piszący muszą też posiadać pewien zasób wiedzy ogólnej i tzw. życiowej oraz wiele determinacji i cierpliwości. Nie mają bowiem pewności czy ich trud się opłaci i będzie miał przełożenie na jakiś grosz, czy z tej mąki będzie chleb. Najlepiej jakby jeszcze mieli różne inne smykałki: intuicję, wyczucie rynku, szczęście, wujka w Empiku czy gdzie tam etc. Takie to muszą być Zmyślne Istoty Ci Pisarze, dlatego darzę Ich najwyższą estymą.

  7. Marcin pisze:

    Czasem, moim zdaniem przynajmniej, lepiej łapać się za mordę w kwestii nie tyle pisania, co inspiracji. Ja osobiście mogę siedzieć i kilka godzin – i nie napisać nic, ani słowa. I wtedy lepiej zacząć na siłę przeglądać filmy, słuchać muzyki związanej z tematyką tego, co piszę. Czasem inspiracja wpada momentalnie i wtedy parę minut – dialog gotowy, przekazuje dokładnie to, co przekazać chciałem. Byle tylko nie trafić w tym przeglądaniu na scęnę, w której filmowy autor po prostu siada i pisze „ciurkiem”, bo wtedy doła przez filmową fikcję złapać można ;)

  8. clavier pisze:

    właśnie czasem ślęczenie nic nie daje, albo daje miernotę i co wtedy? Zawsze mnie załamują wyznania scenarzystów, że tekst napisali w 2 tygodnie. Sama próbowałam wziąć cudem miesiąc wolnego z roboty i skrobnąć to, co niby w głowie miałam (a miałam drabinkę + chęci) i klops, nie wiem może 1/4 mi się udała + wyrzuty sumienia za 2 lata ;). Na dodatek izolacja jakoś źle na mnie działała. Smutno mi było czy coś ;). Nie miałam się z kim pośmiać, z samą sobą słabo trochę. Akurat piszę klimaty komediowe, albo może tragikomediowe, więc dobry humor/głupawka mile widziana. I tak się kręcę jak g w przeręblu, za przeproszeniem. Jedyną pociechą , że Bułhakow pisał swą najlepszą powieść12lat . Tak , wiem, że nie wolno porównywać się z innymi ;) Pozdrawiam

  9. Marcin M. pisze:

    Czytałeś Piotrze książkę Melchiora Wańkowicza, pt. „Karafka La Fontaine’a”? Jeśli nie, to przeczytaj. Koniecznie. Pozostałym piszącym, też polecam przebrnąć przez tą cegłę. Lektura trudno dostępna w sprzedaży, więc raczej trzeba będzie zahaczyć o bibliotekę:)
    O ile pamiętam, Piotrze, kwestię wytrwałości, samodyscypliny, poruszasz po raz kolejny. To dobrze. Wracaj do tematu, co jakiś czas. Motywacyjne kopniaki w mózg, aktywują palce na klawiaturze ;)

  10. ZiKo pisze:

    Panie Piotrze, jest chyba jeszcze jeden problem, o którym warto wspomnieć w kontekście zamordyzmu. Samodyscyplina, polegająca na posadzeniu się przy nakręconym minutniku do gotowania jajek to jedno – czynność podstawowa, bez której nie idzie nic napisać. Chyba, że ktoś pisze na leżąco. Ale jest jeszcze samodyscyplina umysłowa i powiem, że dla mnie to jest też duży problem, która polega na zmuszeniu się do skierowania toku myślowego w kierunku jednego tematu, czynności, pracy. Bo możemy już siedzieć przy tym minutniku, a myślami biegać po ukwieconej łące i ganiać zające, albo robić sobie przerywniki myślowe na obmyślanie jednocześnie kilku, alternatywnych dzieł, które akurat przychodzą nam do głowy (podpowiada nasz cwany mózg) po to, aby nas zniechęcić do katorżniczego pisania na jeden temat. Ja znalazłem chyba lekarstwo, sposób na ćwiczenie, wyrabianie w sobie pewnych nawyków. Piszę krótkie formy (np. wiersze) Staram się koncentrować przy tym na maxa, liczę sylaby, pilnuję rymów, itd. Wymyśliłem sobie, ż to będzie dobry wstęp przed próbą zabrania się za coś dłuższego, że skoro w takiej miniaturce zdołam ukryć coś zaskakującego, fajnego, ciekawego, to później z takich miniaturek będę robił np. sceny itd. A nawet jeśli nie, to może kiedyś będę pisał fajną poezję?

  11. Śliwek pisze:

    To ja znów sobie pozwolę wniknąć z informacją dla piszących scenariusze (będących na drogi początku?). Za pozwoleniem gospodarza oczywiście.

    Dla lubiących rywalizację w pocie czoła i udział w konkursach, zawodach i wszelakich na słowo filmowe bijatykach :)

    „Script Fiesta” – konkurs na serial (treatment, koncepcję i scenariusz serialu telewizyjnego).

    Szczegóły na stronie Warszawskiej Szkoły Filmowej.

    Pozdrawiam.

    • ZiKo pisze:

      Nie wiem jak inni, ale ja biorę udział, a co :) Już prawie mam gotowy pomysł, tylko dialogi napisać mi zostało. Polecam ten konkurs, A Wy?

  12. Zbyszek pisze:

    Chwytam się za mordę dzień w dzień. Konieczność higieniczna nie dba o to, że golnę sobie niecodziennie facjatę żyletką. Często się zatnę. Bez krwawych miesięcy w treść dni niepłodne. Zainspirowany miniprozą Pana Piotra chwytam za długopis. Dając wyraz przebłyskom kreatywności, piszę Blogger Fiction; nie katując się ślęczeniem nad pustą kartką. Bo mieszkam na ulicy Wolności.

  13. Norbert pisze:

    A (zmieniając temat) jak tam tekst o adaptacjach?

  14. Phizo pisze:

    Spojrzenie na sprawę od złej strony. Bo nie ma zamordyzmu dla siebie bez wolności, bo „prawdziwa” wolność niesie odpowiedzialność a to właśnie odpowiedzialność zmusza człowieka do zamordyzmu wobec siebie. A ponieważ wolność nie potrzebuje zamordyzmu to jest nadrzędną wartością także wolność>zamordyzm

  15. Ewa pisze:

    Gratuluję Panu umiejętności przekazywania wiedzy w krótkich, niezwykle udanych tekstach. Że też nie ma takich nauczycieli wszelkich zawodów – nie tylko w necie. Że też nie napisał Pan tego wszystkiego kilka lat wcześniej…. Bardzo byłabym zmotywowana, choć zajęcie mam nieco inne. Mam nadzieję, że wyda Pan kiedyś zbiór tych tekstów – wspaniale uczą, motywują. Są esencjonalne, nośne, bardzo komunikatywne. Po prostu wspaniały, na wskroś współczesny belfer. Nareszcie do sensu w zalewie bełkotu i bylejakości. Nareszcie ktoś mi poprawił humor dzisiaj. Życzę wygodnych foteli :-)


Twój komentarz nie ukaże się od razu, moderacja chwilę trwa :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s