„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Po co biegam?

Nienawidziłem biegania od kiedy pamiętam.

W dzieciństwie byłem niezłym sprinterem, ale dłuższe dystanse były dla mnie katorgą. Męczyłem się, dyszałem, szybko łapała mnie kolka, tragedia, koszmar, dramat, męka, złość, nienawiść, desperacja, rozpacz. A biegaliśmy wtedy często na wu-efach. Za często!

Nie znosiłem biegania! O, jak ja nie znosiłem, kiedy mnie zmuszano w szkole do biegania!

Dlatego potem nie biegałem. Uprawiałem różne sporty – tenis, pływanie, na studiach grywałem w koszykówkę, czy siatkówkę, jeżdżę na rowerze, sporo spaceruję.

Ale nigdy z własnej woli nie biegałem.

Pół roku temu postanowiłem spróbować. W myśl zasady – ruch to życie, bezruch to nieżycie – potrzebowałem ruchu. Każdy, kto pracuje głową, potrzebuje ruchu.

Potrzebowałem sportu, który by mnie mocno zmęczył, który zmuszałby do pracy WSZYSTKIE mięśnie, który w trakcie godzinnej sesji wyduszałby ze mnie siódme poty i który można uprawiać za darmo, zawsze, wszędzie, samemu, na świeżym powietrzu, w każdych warunkach i w każdych okolicznościach.

Tylko bieganie spełnia wszystkie te wymagania. Dlatego postanowiłem spróbować.

I tak ja, czterdziestolatek od urodzenia nienawidzący biegania, zacząłem biegać.

Oto jak to zrobiłem:

  • Postanowiłem zacząć stopniowo, delikatnie i łagodnie. Nic na siłę.
  • Bieganie zaplanowałem co drugi dzień przez godzinę.
  • W czasie tej godziny – wolny trucht przeplatany z marszem.
  • Żadnego forsowania się, męczenia, wysilania – chwila biegu, kiedy tylko robiło się ciężko, przechodziłem do marszu.
  • Jeśli po takiej godzinie marszobiegu czułem potem jakikolwiek ból (kolana, golenie, staw skokowy czy biodra) – przestawałem na parę dni biegać, aż ból ustąpił. Nic na siłę, nic na chama.
  • Jeśli nie miałem czasu na bieganie co drugi dzień, starałem się, żeby było tego co najmniej trzy godzinne sesje tygodniowo.
  • Biegałem jak najwolniej, ale i jak najstaranniej technicznie.
  • Nic na siłę, nic na chama. Jedyne co się liczy to SYSTEMATYCZNOŚĆ.
  • Moim celem nie jest sport, wyczyn i wynik, tylko tlen, ruch, frajda i medytacja.

Na początku pokonywałem w ten sposób 3-4 kilometry. Zmęczenie było ogromne, choć oszczędzałem się, jak mogłem. Każdy głupi potrafi się przetrenować, zniechęcić i nabawić jakiejś kontuzji. W bieganiu chodzi o coś zupełnie odwrotnego. O frajdę. I nigdy nie przypuszczałem, że znienawidzone przeze mnie bieganie może dawać frajdę.

Teraz, po pół roku takiego biegania, w czasie swojej godzinnej sesji pokonuję 6-8 kilometrów. I widzę korzyści. Spore korzyści. Oto one:

  • Ogólny wzrost formy fizycznej, wytrzymałości, siły i kondycji.
  • Zniknęły bóle kręgosłupa.
  • Topnieją fałdki i oponki. Wygląda na to, że bieganie spali je do zera.
  • Poprawa trawienia i przemiany materii. Obieg energii w organizmie jest szybszy i sprawniejszy.
  • Bieganie mocno poprawia nastrój. Rodzaj szczęścia (a nawet euforii) podczas biegu to nie ściema. To zjawisko naprawdę istnieje.
  • Bieganie porządkuje we łbie. To rodzaj godzinnej medytacji sam na sam ze sobą. Jest miarowe oddychanie, jest rytm ruchu ciała, mantrę można sobie dośpiewać ;-)
  • Bliski kontakt z otoczeniem. Wszystko jedno, czy otacza mnie las, plaża, czy miasto, kiedy biegnę, jestem blisko tego środowiska. I mogę się nim do woli delektować.
  • Krew szybciej krąży i wiesz, że żyjesz. To ważne doznanie.

Bieganie robi się u nas coraz modniejsze. Z roku na rok widzę w swojej okolicy coraz więcej biegających. O czym to świadczy? O tym, że ludzie coraz lepiej czują się w swoim życiu. I chcą zachować ten stan, chcą żyć dłużej, podoba im się to ich życie.

Dobrowolne bieganie to cecha światłych, zamożnych społeczeństw. Czyli idziemy w dobrym kierunku.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego typu świadectw i „kamingautów” jak niniejszy wpis jest teraz w Polsce sporo. Wiele osób biega i wiele osób o tym pisze z entuzjazmem.

I dobrze.

Ja zacząłem dość późno i od zera absolutnego. Nienawidziłem biegania, teraz tęsknię za swoją kolejną godzinną przebieżką. Długą i ciekawą drogę przebyłem.

Polecam każdemu.

Reklamy

Co najbardziej boli przy pisaniu

Kiedyś pisząc moją Alchemię Scenariusza Filmowego dałem jej podtytuł „Nieznośny ból dupy”. Że niby podczas pisania boli dupa. Nie jest to niestety cała prawda o bólu pisarza. Dupa ma tę unikalną własność, że potrafi się przystosować, uodpornić na ból, opancerzyć. Znają to ci, którzy tak jak ja, jeżdżą na rowerze.

Są niestety znacznie gorsze bóle towarzyszące pisaniu. I nie piszę tu wcale o bólach twórczych, bólach egzystencjalnych i bólach natury moralnej. Mam na myśli zwykły, trywialny, mocno dokuczający i irytujący ból kręgosłupa.

Tak, proszę państwa! Boli mnie kręgosłup. Ten zwykły, kościany, nie moralny. Co gorsze wiem, dlaczego mnie boli, wiem również co zrobić, żeby nie bolał, ale nie jest to wszystko takie proste.

Ma to mianowicie związek z czymś, o czym już dawno chciałem się tutaj z wami podzielić. Mianowicie z ruchem.

Czytaj resztę wpisu »