„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

A jednak Umberto Eco miał rację

Pamiętacie „Imię róży”? To fajny film i niezła książka. Solidny kryminał ozdobiony smacznym, średniowiecznym sosem, który w książce przyjmuje rozmiary całkiem sporego mediewistycznego wykładu o heretykach, inkwizycji, katolicyzmie i obyczajowości średniowiecznej Europy.

Ale oczywiście najsmaczniejsza jest intryga kryminalna. Bez niej nie byłoby ani tej powieści, ani filmu.

Dlaczego przywołuję to dziełko?

Bo doświadczyłem ostatnio czegoś ciekawego na własnej skórze. I to coś zmieniło moją perspektywę patrzenia na książkę Umberto Eco. Po wielu latach od jej przeczytania.

Otóż, zawsze uważałem napęd dramaturgiczny tej historii za najsłabsze jej ogniwo. Intuicja mówiła mi, że motywacja działania zabójcy w tej powieści (i filmie) jest mocno wątpliwa i mało wiarygodna dla współczesnego odbiorcy. Teraz wiem, że się myliłem. I pozwólcie mi wyłuskać dlaczego.

Na początek streszczenie intrygi w twitterowym skrócie:

Do okazałego benedyktyńskiego klasztoru gdzieś w Italii przybywa dwóch mnichów – mistrz i nowicjusz. Okazuje się, że w klasztorze doszło do morderstwa. Został zamordowany jeden z tamtejszych mnichów. Nasi przybysze – mistrz i nowicjusz – rozpoczynają śledztwo mające ustalić mordercę. Niestety giną kolejni mnisi. Zbrodnia zaczyna gonić zbrodnię. W końcu, po licznych mrożących krew w żyłach perypetiach, nasi dzielni detektywi w habitach rozwiązują zagadkę klasztoru. Chodziło o księgę. O rzekomo zaginioną część Arystotelesowskiej Poetyki traktującą o sztuce komedii. Tekst ten na zawsze miał pozostać ukryty przed ludzkim wzrokiem. Bo komedia to ZUO.

I to właśnie mnie zawsze w tym filmie (powieści) rozczarowywało.

Jak to o księgę!? Jakiś wiekowy manuskrypt był motywem zbrodni!? Stary, ociemniały mnich Jorge inspirował do mordu, żeby ukryć dzieło wielkiego Arystotelesa o komedii!?

Przecież to bez sensu! To za mały powód do wielokrotnych zbrodni ze szczególnym okrucieństwem.

Tak mi się do niedawna wydawało.

Jednak dorosłem. Zrobiłem parę komedii. I zawsze mocno za nie obrywałem od krytyki. Oczywiście uodporniłem się na to, ale ciekawość pozostała.

Dlaczego komedie, które tak bardzo podobają się ludziom, tak mocno irytują krytyków? Dlaczego atakuje się każdego, kto w ogóle weźmie się za ten rodzaj twórczości? Dlaczego komedii i jej twórców nie traktuje się poważnie? Dlaczego recenzje komedii są tak mało merytoryczne, a tak bardzo nasączone jadem w porównaniu do innych recenzji?

I nie chodzi tylko o mnie. Moja skromna osoba jest tu najmniej ważna. Ja, jak już tu napisałem, mam w dupie krytykę.

Dotyczy to prawie wszystkich twórców komedii. Biednego Stanisława Bareję chciano za robienie komedii wywalić ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Ukuto nawet rzekomo obraźliwy termin „bareizm”, określający szczególną stylistykę jego filmów.

I tu pojawia się złowróżbna, kostyczna twarz mnicha Jorge z Burgos z bielmem na oczach. Tu pojawiają się jego chrapliwe słowa, że komedia to ZUO, że śmiech to ZUO, że radość i zabawa to dzieła SZATANA. I najbardziej w tej twarzy podobają mi się jego zmętniałe, niewidzące oczy ;-)

Teraz już wiem, że Umberto Eco miał rację. Są na świecie spore pokłady ponuractwa z bielmem na oczach, które komedii nie znoszą. Są ludzie, którzy w walce pomiędzy apollińskim a dionizyjskim widzeniem sztuki gotowi są niszczyć, palić i zabijać w imię wzniosłości, powagi i tragedii.

Więc zanim młody scenarzysto, autorze, reżyserze, czy aktorze zabierzesz się za komedię, przypomnij sobie zaciętą twarz mnicha Jorge z Burgos. Ten facet zabijał z zimną krwią, żeby komedia nie wyszła na światło dzienne ;-)

Advertisements

34 komentarze on “A jednak Umberto Eco miał rację”

  1. Oczywiście, że Eco miał rację. To dlatego śmiechu tak panicznie boją się wszyscy dyktatorzy (polityczni, religijni, czy jeszcze inni – wszystko jedno). Śmiech rozbija tabu, niszczy strach.
    http://my.opera.com/Jurgi/blog/moja-lucyferska-iskra

    Właśnie znalazłem w „Diunie” Herberta kapitalny cytat: nawet chwilowa wielkość zniszczy człowieka, jeśli zabraknie śmiechu.

  2. thion pisze:

    „Ale oczywiście najsmaczniejsza jest intryga kryminalna. Bez niej nie byłoby ani tej powieści, ani filmu”.

    Cóż, nie byłoby, ale czy jest najsmaczniejsza… sprzeczałbym się. Zresztą, co do istoty intrygi pozwólmy przemówić samemu Eco:

    „Nie przypadkiem książka zaczyna się jak kryminał (i czytelnika naiwnego łudzi do samego końca, tak że ów czytelnik może nawet nie spostrzec, iż chodzi tu o kryminał, w którym odkrywa się raczej niewiele, a detektyw ponosi klęskę)”.

    Ot… ;)

    „Otóż, zawsze uważałem napęd dramaturgiczny tej historii za najsłabsze jej ogniwo. Intuicja mówiła mi, że motywacja działania zabójcy w tej powieści (i filmie) jest mocno wątpliwa i mało wiarygodna dla współczesnego odbiorcy”.

    Dla współczesnego – i owszem. Ale Eco chciał czytelnika, który na czas czytania książki zacząłby myśleć średniowiecznie. W ogóle, IMO, tak już swoją drogą, warto przeczytać „Dopiski na marginesie Imienia Róży”, tam autor ładnie opowiada, jak przebiegał proces twórczy.

    A i – gdybym „Imienia róży” nie czytał, to bym się obraził za nieoznaczenie spoilerów. :)

  3. ZiKo pisze:

    Przy okazji tego wątku, mam serdeczną prośbę o poświęcenie któregoś kolejnego, próbie zdefiniowania komercji. Kilkakrotnie Pan wspominał, np. przy okazji Och Karol 2, że robi Pan „komerchę”. Ale bardzo mnie interesuje i może innych też, jak Pan definiuje komerchę w kinie. Kiedy film jest czystą komercją i jaki to jest film, a kiedy nią przestaje być. Czy filmem niekomercyjnym jest tylko film, którego oglądają krytycy na zamkniętych pokazach, przyznając swoje nagrody, a film komercyjny, to taki na który walą miliony. Na SF w 2009, Pan Saramonowicz mówił na temat „komercyjności” jego filmów i tłumaczył, dlaczego robi komercję i po co ludziom komercja. Czy zrobi Pan kiedyś film niekomercyjny i jaki to będzie film? Czy przeciętny Kowalski uśnie na takim filmie po 15 minutach?

  4. tolep pisze:

    Widziałem trailer tej komedii. Nie skłonił mnie do wyjścia do kina, ale oczywiście spróbuję ją obejrzeć w rzadkich wolnych chwilach.

    Ale na pocieszenie – w związku z krytykami – polecam to: http://www.youtube.com/watch?v=VP8U4_DmCR0 :))

  5. Andrzej pisze:

    Bo są komedie i komedie. Jest „Kiedy Harry poznał Sally” i jest „Głupi i głupszy”. W jednym perełki dowcipu i postaci, w drugim, kto więcej razy walnie dupą o glebę.

    Nie widziałem „Och, Karol 2” i nie wiem, czy mam ochotę nań, bo już „Och, Karol” mi się nie podobał. A jaki sens ma robienie remake’u słabego filmu? Ja tego sensu nie znajduję. I nie wierzę, że w Polsce W OGÓLE można zrobić dobry film… Za dużo jest układów, na które narzekają sami filmowcy.

    Stąd, jak sądzę, nie chodzi o krytykę komedii jako takiej, ale o krytykę polskiego filmu doby obecnej w ogóle.

    Zgorzkniałem?

    • Andrzej pisze:

      Aha, aha! I jest jeszcze zaciekłe lobby wielkich dystrybutorów, które udupia KAŻDĄ polską produkcję, która mogłaby im zagrozić. Nie ma tych produkcji dużo, ale się zdarzają.

      Niedawno obejrzałem na DVD „Mój Nikifor” i byłem zupełnie wstrząśnięty! Dlaczego NIKT nie chciał dać starej Feldman Oscara za tę rolę? Temat, co prawda, zaściankowy, ale aktorstwo Feldman – zupełny TOP.

    • „Głupi i głupszy” jest bardzo dobrą komedią. Tylko trzeba złapać o co w tym chodzi. Tak samo „Eurotrip”.
      I mówię to z czystym sumieniem choć sam nie lubię głupkowatych komedii. Te nie są głupkowate i może dlatego.

      „Och Karol 2” jest dobry. Możesz śmiało iść na moją odpowiedzialność.

  6. piotr pisze:

    Panie Piotrze.
    Tam mi się coś wydaje, że w tym Pana dzisiejszym wpisie chodzi o zupełnie coś innego, odkrycie odkryciem, ale przebija z tego wszystkiego jakiś żal i rozczarowanie, przykryte określeniem, że mam w dupie krytykę. Łatwo powiedzieć. Na szczęście nikt nam jeszcze nie zabrania się śmiać, ale np.doświadczenia naszych artystów kabaretowych i ich ciągłe utarczki z cenzurą w czasie minionym pokazują, że śmiech bywa nie tylko zaraźliwy, ale i niebezpieczny.
    Przykład Barei jest bardzo dobry, rzeczywiście był na marginesie, był traktowany źle i pogardliwie przez swoich kolegów, tylko widownia była mu wierna, a dziś wychodzi, że był wielkim wizjonerem, a jego niektóre sceny są po prostu ponadczasowe. Czyżby czuł się Pan równie niedoceniany. Jeśli już wybrał Pan taką drogę to rzeczywiście trzeba wszystko mieć w dupie i robić swoje. Coraz lepiej Panu to robienie wychodzi. Jest progres!

  7. Keek pisze:

    No dobrze Piotrze – to skad to rozgoryczenie? Konkretnie – z nazwiska! :)

    • Prawdę mówiąc, mając 1 mln. 300 tyś. zadowolonych widzów w kinie na swojej ostatniej komedii, nie jestem bynajmniej rozgoryczony. To sukces, którym się ostatnio z lubością napawam.

      Ten wpis jest raczej o pewnym ogólniejszym zjawisku. Mnie, jak widać po „boxofisie”, krytyka nie szkodzi ;-)

      • Keek pisze:

        No wiec dlatego draze skad to dziwne rozgoryczenie.

      • Chyba nie wypada pisarzowi seplenić ‚tyś.” :)
        Nie wytykam zwykle ortografów itp. rzeczy, ale ta maniera pisania „tyś.” czy „pieniążki” staje się plagą :(

        Co do krytyki to podejrzewam, że w jakiś sposób ubodły Cię słowa Kutza.
        Bo mnie ubodły choć to nie mnie dotyczyły.
        Gość przegiął z tą prostytucją i nie kuma, że jedynym uzasadnieniem istnienia twórcy są jego odbiorcy.
        No i w jego świecie wszyscy jesteśmy prostytutkami bo pracujemy biorąc za swoją pracę pieniądze. Zresztą ktoś mu to dobrze wypomniał mówiąc o tym, że parlamentarzyści to największe z nich ;)

  8. grzegorz pisze:

    Dziwne, dwa posty obok. Jeden o komedii, która zgarnia wszystkie nagrody i same pozytywne recenzje, a drugi o tym, że krytyka nienawidzi komedii…

    Heheh.

  9. Rafał Stec pisze:

    Nie wiem, jak rzecz Frearsa reklamuje dystrybutor, ja na „Jak zostać królem” wielokrotnie się śmiałem. Zdrowo, do rozpuku. A na współczesnych polskich tzw. komediach, jak już w nie wdepnę, czuję się zażenowany. Gdybym był krytykiem, też bym został bohaterem tej notki. A czy jako zwykły widz też zaliczam się do „ponuractwa z bielmem na oczach”?

    PS „Karola” nie widziałem.

  10. Cichy pisze:

    Krytycy często czytają film, interpretują. Widzowie przeżywają, reagują. Poza tym krytycy przeważnie oglądają filmy nie razem z widzami, tylko na darmowych seansach przedpremierowych razem z innymi krytykami i krewnymi oraz znajomymi królika. Dlatego nie mają jak wczuć się w reakcję innych widzów.
    Film to nie książka, film to nie jest tekst. Traktowanie go jako tekstu jest równie ułomne jak recenzowanie piosenek na podstawie ich tekstów.
    Na szczęście nie tylko pan ma krytykę w dupie, widzowie też. Jeszcze nigdy żaden złamany felis nie był w stanie nikogo zniechęcić do żadnego filmu ani zachęcić też. Rola krytyków w porównaniu z szeptanką jest zerowa.

  11. ZiKo pisze:

    Bogu ducha winien Pan Piotr, że obrywa za naszą rodzimą kinematografię. Ale, skoro jest Pan w zasięgu ręki…, bo pozostali nie wpadli jakoś na to, żeby założyć blogi i wejść w interakcję z widzem. A mnie się wydaje, że w kinie, podobnie jak w przyrodzie powinna być równowaga. Miejsce na komercję i sztukę. A im będzie kasy za komercję, to tym będzie jej więcej na sztukę. I wierzę w to, że jak Pan Piotr już zrobi z dziesięć komedii, remakeów, itp., to jedenastym będzie The President’s speech (albo The Prime Minister speech, albo The twin brother of the former President speech), na którym będziemy się śmiać do rozpuku, mimo, że to będzie np. biografia któregoś z wymienionych, a nie komedia…:D

  12. tpasiut pisze:

    Chyba wczorajszy „Tomasz Lis na żywo” prześwituje trochę zza tego wpisu :)

  13. śliwek pisze:

    Na Lisa patrzeć biorąc poprawkę przywołując w pamięci jego bezradną, zagubioną minę i słowa „niech nas pan ratuje panie prezydencie” … jak mu się to przypomina to pokazuje swoje prawdziwe oblicze (wykropkowane) … wielki mi autorytet na usługach i za kasę … u mnie na dzielni na takich leszczy są i określenia i sposoby :D:D.

    Dzban wina dla pani Łepkowskiej za pocisk w stronę Lisa … ale biedny zbladł :D:D.

    A i jedna rada :) … przy dzisiejszej modzie i przyzwoleniu a wręcz zachęcie do męsko – męskiego „pupken szturchen” trzeba uważać wypowiadając zdanie „mam to w dupie” … :D

    Jak właściciel ocenzuruje, albo uzna że do publikacji się nie nadaje to ja się i tak nie obrażę :):). Pozdrawiam i róbmy swoje. A zazdrośników kilku i tak się znajdzie.

  14. Jerzy pisze:

    Za komuny Kutz niszczył Bareję, za post-komuny niszczy Wereśniaka. Stary człowiek, a wciąż może. To chyba tkwi w genach.

  15. Kartom pisze:

    Ten co zabijał, to SCENARZYSTA był i ta część „Poetyki” była mu potrzebna do pisania rewelacyjnych komedii, więc próbował tylko wykończyć konkurencję… ;-)

  16. barfly pisze:

    W programie Tomasza Lisa, Ilona Łepkowska powiedziała jedną mądrą rzecz, którą moim zdaniem zgasiła krytyków. Nie jest jej celem opowiadać rzeczy ważnych, nauczać i iść do ludzi z jakimś mądrym przesłaniem. Chodzi o zwykłą zabawę, o to żeby po ciężkim dniu pracy człowiek mógł z popcornem na kolanach odprężyć się i zapomnieć na chwilę o bożym świecie. Krytycy jednak zdają się tego nie rozumieć a to podstawowy błąd bowiem ich recenzje nie mają wytyczonego marginesu między kinem komercyjnym a artystycznym. Filmy rozrywkowe oceniają więc na takich samych zasadach co kino zaangażowane a przecież walory takich filmów są jakże inne. Powinni więc przestrzegać tych podziałów i modyfikować opinie – przy komediach np. zamiast doszukiwać się lotnych idei i różnorakich mądrości skupić na tym, czy film taki rzeczywiście jest zabawny, dialogi i skecze prezentują odpowiedni poziom czy raczej budzą zażenowanie itp. Obecny w programie Lisa, K. Varga w pewnym momencie pogubił się w zeznaniach, zaczynając dyskusję o kinie Smarzowskiego. Z tego co mówił wynikało, że ma pretensje o te 1,2 mln ludzi, które poszło na „Och Karol 2” zamiast na „Dom zły”. Pretensje powinien raczej kierować do widzów a nie do twórców, ci jedynie wykorzystują koniunkturę i podążają za gustami. Wereśniak ani Łepkowska za uszy nikogo przecież do kina nie ciągną. Z drugiej strony, by jednak zachować status quo, polskie kino komercyjne bywa często naprawdę żenujące czego przykładem jest obejrzany niedawno „Weekend” Pazury. Sam był zrugał ten film i nie było by w tym cienia złośliwości ani uprzedzeń do komedii. Tak więc myślę że nie wszyscy krytycy (mam nadzieję) to smutni ślepi mnisi. Nie dziwię się jednak, że pan Piotr ma alergię na smętnych recenzentów popisujących się swoją „fachową” wiedzą na łamach gazet, ja go rozumiem, bo często recenzje jego filmów są nienajlepsze a przecież „Zróbmy sobie wnuka” czy „Stacja” to niezłe filmy i na pewno nie zasłużyły na takie niesprawiedliwe opinie z jakimi się spotykałem.

  17. Łukasz Błaszczak pisze:

    Panie Piotrze mam pytanie do „Niesz szukaj mnie”
    Mam problem z Pana mailem a nie chciałbym tego umieszczać na forum.
    Czy mail do Pana jest aktywny?

  18. w2strony pisze:

    Pora zastanowić się, czym zabijać.
    Krytyków.
    Jorge miał pomysł :)

  19. Sardonicus pisze:

    …a ja wciąż się zastanawiam nad słowami p. Łepkowskiej ‚telewizja by polskiego House’a nie kupiła’. Skąd ta pewność?

    Rozumiem, że to opinia ‚insidera’, ale jak w takim razie wyjaśnić produkcję, dajmy na to, Pitbulla czy Glinę? Nawet gniot w stylu ‚Seks w mniejszym mieście’ dostał pieniądze na produkcję na fali oryginalności wiadomego oryginału.

    Rozumiem, że to nie jest kraj na Californication, Dextera czy The shield, ale z moich dość rozległych obserwacji: ludzie którzy z 10 lat temu pasjami oglądali M jak Miłość czy Klan, dziś zdecydowanie wolą House’a.

  20. studioff pisze:

    A mnie się marzy, żeby w szkołach obok deklamowania wierszy uczyć opowiadania dowcipów. Niestety ludzie tacy jak Jorge wciąż mają za dużo do powiedzenia.

  21. fen pisze:

    Jurgi wyjal mi to z ust, daleko przykladow nie trzeba szukac: Pulkownik ze wschodu, lub Afryka polnocna i bliski wschod. Ale mam nadzieje, ze kiedys prawdziwa ludzka natura dozna olsnienia i nadejda przemiany jak np. w Tunezji i wtedy bedzie rozbrzmiewal smiech na swiecie.

  22. S. pisze:

    Po części się z Panem zgadzam. Jednak myślę, że dziś chodzi bardziej o to, że komedia to gatunek mało wymagający, przeznaczony dla odbiorców o niewielkich wymaganiach zarówno artystycznych, jak i intelektualnych. Nie chcę nikogo obrazić, tak po prostu się stało. I jest ku temu przyczyna – komedia to gatunek masowy, ma dotrzeć do każdego bez względu na pochodzenie, wykształcenie i wiek. Poza tym nie jest trudno kogoś rozśmieszyć, a w każdym razie dużo łatwiej jest kogoś rozśmieszyć, niż wprawić w jakikolwiek inny nastrój.
    Nie twierdzę też, oczywiście, że wśród komedii nie ma perełek w postaci np. genialnego wykonania. Sama jestem poniekąd fanką komedii, choć jestem dosyć wybredna w ich wyborze.
    W każdym razie komedia nie jest zła. Jest po prostu zbyt łatwa – bo masowa, albo zbyt trudna – jeśli z górnej półki. Myślę, że to jest właśnie przyczyna wielkiej niechęci krytyków, bo przecież jest cała masa banalnych rozśmieszaczy. Stworzyć coś niebanalnego jest już o wiele trudniej.
    Pozdrawiam!


Twój komentarz nie ukaże się od razu, moderacja chwilę trwa :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s