„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

„The Interview” (Wywiad ze Słońcem Narodu) – bezlitosna siła komedii.

The Interview - plakat

Bardzo głośno zrobiło się wokół tej komedii, więc oczywiście musiałem ją zobaczyć. Sporo wcześniej czytałem o tym filmie i przyznam, że do oglądania siadałem mocno skołowany. Chodziły słuchy po sieci, że jest to nieśmieszny gniot, że jest niewarty oglądania, że to porażka, syf, kolejna głupia, nieśmieszna komedyjka itp. Czyli wszystko to, co nabzdyczeni, zakochani we własnym wysublimowaniu, wysnobowani „intelektualiści” z Bożej Łaski zwykli pisać o każdej niemal komedii.

Na szczęście znowu się pomylili. Hurra!

„The Interview” to świetny film. Jeden z ważniejszych, które zobaczyłem w ostatnich latach. Tym większe było moje zdziwienie, że poprzednia komedia tych twórców (Evan Goldberg, Seth Rogen i James Franco) zatytułowana „This Is the End” ( To już jest koniec) niespecjalnie do mnie trafiła.

Nie sposób zrozumieć całej mega-afery z atakiem hakerskim na serwery Sony Pictures bez obejrzenia „The Interview”. Nawet przez chwilę podejrzewałem, że to wszystko ściema i sprytnie wymyślona kampania marketingowa filmu. Teraz wiem, że sprawa jest poważna i zamieszanie polityczne wokół tego filmu jest jak najbardziej zasadne.

Komedia uderza mocno, celnie i bezlitośnie w reżim Kimów w Korei Północnej. Po raz kolejny ten film pokazuje, że nie ma skuteczniejszej broni na świecie niż śmiech. Nic nie jest w stanie uderzyć tak skutecznie w dyktaturę, jak komedia.

Pokazał to wcześniej Charlie Chaplin w swoim pierwszym dźwiękowym filmie „Dyktator” z 1940 roku. Jego uderzenie w Hitlera i faszyzm było tak celne, że w Niemczech pokazano go dopiero w 1998 roku, a w Hiszpanii był zakazany do 1975.

Stanisław Bareja robił u nas dokładnie to samo. Uderzał komedią w komunę i robił to tak pięknie, że w końcu komuna się rozleciała. Kto wie, jak by ten koniec komuny u nas wyglądał, gdyby Bareja jej wcześniej nie obśmiał. Na pewno byłoby gorzej.

„The Interview” to komedia krawędziowa. Chłopaki jadą ostro po bandzie i hamulców nie używają wcale. Nie każdemu się spodoba humor fekalno-genitalno-erotyczny, którego w tym filmie jest sporo.

Mnie się podoba. Bo służy ważnej sprawie. Służy do przekłucia nadętego, boskiego prawie wizerunku dyktatora w najbardziej opresyjnym reżimie we współczesnym świecie. Nic dziwnego, że reżim się wkurzył. Dawno nikt ich tak mocno nie kopnął w doopę ;-)

Reklamy

Zapominanie

Upadki na planie filmu WKRĘCENI 2 zdarzały się każdemu. (foto: © MTLMaxfilm)

Upadki na planie filmu WKRĘCENI 2 zdarzały się każdemu. (foto: © MTLMaxfilm)

Najpierw, pisząc sequel, musiałem zapomnieć, o czym była pierwsza część. Potem, poprawiając każdą kolejną wersję scenariusza, musiałem zapomnieć, o czym była poprzednia.

Kiedy w końcu wszedłem na plan, trzeba było zapomnieć, o czym był scenariusz. Wolałem, jak przeczytają mi go aktorzy i ekipa. Chciałem spojrzeć na swój tekst ich oczyma. Wolałem i zawsze wolę uruchamiać talenty innych artystów, niż pielęgnować i pieścić się z własnym.

W zapomnienie własnego scenariusza na planie musiałem włożyć sporo wysiłku. Ale opłaciło się. Mam wrażenie, że było twórczo, inspirująco i nieoczekiwanie.

Ale to nie koniec mojego zapominania.

Teraz zaczyna się montaż i trzeba będzie zapomnieć wszystko to, co pamięta się z planu. Wszystkie te planowe walki, wzmożenia i starania w montażowni tracą znaczenie. Tu liczy się tylko ukręcony materiał i to, ile sensownego filmu można z niego posklejać. I to się właśnie dzieje.

Potem, w dalszej części postprodukcji, na udźwiękowieniu, korekcji, efektach, zapominam o montażu. Na zgraniu wkładam wiele wysiłku, żeby zapomnieć o wszystkich poprzednich fazach produkcji i spojrzeć na film, jakbym go widział po raz pierwszy w życiu.

Na premierze zapominam o całym świecie i obserwuję tylko, czy widownia się śmieje i w których miejscach.

Parę tygodni po premierze zapominam o filmie i myślę już wyłącznie o tym, co by tu nowego napisać.

Sporo zaliczam tych zapomnień w trakcie jednej produkcji, przyznacie.

Przy tym filmie jednego jednak nie zapomnę nigdy – ekipy i aktorów. Rzadko się zdarza, żeby tak dużo, tak różnych osobowości tak dobrze pasowało do siebie i do realizowanego projektu.

Mam nadzieję, że efekt na ekranie będzie niezapomniany ;-)


Zapisywanie scenariusza – jazda bez trzymanki

Właśnie po miesiącu intensywnego pisania odkryłem, że scenariusza się nie PISZE. Scenariusz filmowy się ZAPISUJE.

Nie zawsze tak miałem, więc odkryłem tę prostą prawdę dopiero teraz. Nie musi ona oczywiście dotyczyć każdego i zawsze, bo, jak wiadomo, w przypadku twórczości żadne ogólne prawidła i zasady NIE ISTNIEJĄ. Istnieje tylko własne, prywatne, subiektywne i intymne doświadczenie twórcy. A moje właśnie takie było w przypadku tego scenariusza.

Scenariusz filmu jest dokładnie tym samym, czym projekt architektoniczny budynku. Niby rysunek, ale nie chodzi o piękno kreski i pewność ręki. Niby napisany, ale nie chodzi o radość czytania, celność  metafory, czy urodę literackiej frazy. To zaledwie plan tego, co trzeba zrobić. Projekt czegoś zupełnie innej natury. Plan przyszłego filmu, plan mającej powstać budowli.

Widzieliście kiedyś projekty architektoniczne domu? Rzut z góry, rzut z boku, dokładne wymiary, oznaczenia użytych materiałów, laik właściwie niewiele z tego zrozumie.

Podobnie jest ze scenariuszem. Czytanie scenariusza to rzadka umiejętność porównywalna z umiejętnością czytania dokumentacji budowlanej. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że przecież czytać każdy umie i nie trzeba kończyć politechniki, żeby dać radę.

Rysowanie dokumentacji architektonicznej nie jest malarstwem, grafiką czy rysunkiem artystycznym. Tworzenie scenariusza nie jest pisaniem (jak pisanie powieści). Jest zapisywaniem. Zapisywaniem filmu, który scenarzysta kręci sobie najpierw i ogląda w głowie. Jeśli scenarzysta filmu nie nakręcił i nie obejrzał w głowie, nic sensownego nie napisze.

Nie wiem, dlaczego, ale zapisywanie scenariusza jest dla mnie zawsze bardziej emocjonujące niż kręcenie filmu na planie.

Na planie tyle się dzieje, jest tyle ludzi, są emocje, stres, nerwy, przeciwności, kłopoty, momenty zachwytu, szczęścia i spełnienia. Wydaje się, że mało jest bardziej emocjonujących przeżyć, niż kierowanie planem filmowym z reżyserskiego krzesła.

Owszem, okres zdjęciowy jest emocjonujący. Ale nie ma porównania z zapisywaniem scenariusza :)

Nie wiem, jak jest u innych, ale u mnie samotne tworzenie czegoś z niczego jest zawsze mocno rozhuśtujące. Pracuję cały czas – dopóki nie powstanie cały draft, myślę o nim nawet na śpiąco. Ale najwięcej wymyślam, spacerując. Siadam do zapisywania, jak wiem, co mam zapisać. Piszę bardzo szybko, więc nie zajmuje mi to dużo czasu. Zapisywanie to czynność raczej mechaniczna, techniczna, klepanie w klawiaturę czasami nawet dziesięć tysięcy znaków dziennie.

Jak nie wiem, co mam zapisać, spaceruję, biegam, jeżdżę na rowerze, wkurzam się, piję rozcieńczony etanol, krzyczę na żonę i rzucam dziećmi o ścianę. To zazwyczaj pomaga :)

I znowu zakładam słuchawki, puszczam rytmiczną, głośną muzę i zaczynam zapisywać. Staram się kończyć dzień, dokładnie wiedząc, co będę zapisywał jutro. Ta cenna rada Hemingwaya działa bezbłędnie – zawsze przerywaj codzienne pisanie w miejscu, w którym wiesz, co pisać dalej.

Wszystko, całe to szaleństwo, emocje i wzmożenie podporządkowane jest jednemu – skończyć pierwszą wersję scenariusza. Potem będą następne wersje i kolejne poprawki. Ale najważniejsze jest skończyć pierwszą wersję, mieć ją jak najlepszą, żeby w późniejszej pracy odbijać się z jak najwyższej trampoliny.

I tak się właśnie stało. Mam tekst. Pomysł nosiłem w głowie wiele lat. Miesiącami kombinowałem, zanim siadłem do zapisywania. W końcu zapisywanie – miesiąc samotnej, wariackiej jazdy bez trzymanki, która odbywała się we wnętrzu mojej głowy i na długo pozostanie w moich wspomnieniach.

O filmie będziecie informowani na bieżąco :)


Dziś WKRĘCENI uderzają w kinowe ekrany

Wkreceni - plakat

Zaczęło się dawno, dawno temu w odległej galaktyce od krótkiego, zdawkowego, jednozdaniowego pomysłu na film. Zwykle tak się zaczyna.

Pomysł został zapisany i wylądował w magnetycznej strukturze twardego dysku w celu odpowiedniego leżakowania. Czas najlepiej weryfikuje krótkie, jednozdaniowe pomysły na film. Ten jednak leżakował szczególnie długo. O jego wartości świadczyło to, że nigdy o nim nie zapomniałem. Zawsze wiedziałem, że go mam i że kiedyś na pewno się nim zajmę wnikliwiej.

Ten czas jednak nie nadchodził. Pomysł sobie leżał, dojrzewał i nabierał szlachetnych aromatów. W końcu postanowiłem się z nim zmierzyć. Wygrzebałem go z mojego przepastnego drzewa katalogów i zacząłem z nim spacerować. Spacerowanie jest dużo ważniejsze niż pisanie. Pisanie to czynność techniczna, spacerowanie to czynność twórcza.

Po wielu przespacerowanych kilometrach już wiedziałem, o czym ma być ta komedia. Napisałem ją w miesiąc. Poprawiłem w kolejny miesiąc. Potem jakimś cudem dostałem zielone światło i ze spacerującego, łagodnego scenarzysty przeistoczyłem się w krwiożerczego reżysera.

Na planie było cudnie. Mimo wszelkich trudności, które zazwyczaj zdarzają się na planach filmowych, tutaj praca była rozkoszą. Dzięki aktorom. Wystarczyło ich tylko trochę wypuścić na improwizację i diamenty zaczynały się sypać wokół w porażających ilościach. Z takich właśnie komediowych diamentów tka się komedię. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie oddają filmowi cały swój talent, a w tym przypadku talentu udało się uzbierać naprawdę sporo.

Potem był montaż i reszta postprodukcji. Wszystko w zawrotnym tempie i w niezwykłej intensywności. Nigdy jeszcze tak intensywnie nie pracowałem nad żadnych filmem. I znowu talenty różnych ludzi posypały się w hurtowych ilościach. Film zaczął błyszczeć i mienić się wszystkim, co najlepsze.

Przedwczoraj odbyła się premiera WKRĘCONYCH w Zamościu. Niezłą relację z tego wydarzenia można obejrzeć tutaj. Dzięki zamojskiej publiczności przekonałem się, że ten film to rzeczywiście komedia. Usłyszałem to i zobaczyłem. Bo film można nazwać komedią TYLKO wtedy, kiedy sala kinowa ryczy ze śmiechu. I tak właśnie było w Zamościu.

Wczoraj odbyła się warszawska premiera WKRĘCONYCH. Tutaj wszystko się potwierdziło. Ludzie się śmiali, klaskali po niektórych żartach i bawili się świetnie.

Dzisiaj WKRĘCENI uderzają w ekrany kinowe w całej Polsce. Przy pomocy nowiutkich, japońskich fotonów światła wystrzeliwanych z projektorów cyfrowych film odbije się od srebrnych ekranów i trafi wprost na siatkówki widzów. Po to go zrobiliśmy – widzom na uciechę.

I tę uciechę wszystkim gwarantuję :)

(Jeśli chcecie być na bieżąco z WKRĘCONYMI polecam profil filmu na facebooku.)

Wkreceni - fotos


WKRĘCENI – robota idzie pełną parą

WKRĘCENI - przedplakat

Lekko nie jest. Dawno tu nie pisałem, bo jestem zajęty. Moja nowa komedia powoli nabiera kształtów. Intensywna postprodukcja zabiera niemal całą moją uwagę. Inne sprawy muszą poczekać. Priorytety – niestety ;)

Otóż komedia nazywa się WKRĘCENI. Jak widzicie na powyższym przedplakacie w kinach będzie w styczniu 2014. Biorąc pod uwagę, że zdjęcia skończyły się w pierwszych dniach października, tempo pracy mamy zapierające dech w piersiach. Ale, jak się wie, czego się chce, nie ma się co cackać z robotą.

Po co robię ten film?

Dla uciechy. Dla rozrywki. Dla widzów. Polacy bez swoich komedii dziczeją. Muszę zatem temu zdziczeniu zapobiec. Wychodzi jak na razie (odpukać) śmiesznie. I z sensem. I obym się za bardzo w tej kwestii nie pomylił.

Na koniec jeszcze wklejam teaser WKRĘCONYCH. Już można go zobaczyć w kinach. Niebawem pokaże się pełny trailer filmu.

Postaram się informować na bieżąco o sytuacji na froncie. Bo jak napisałem na wstępie – lekko nie jest :)


Nietykalni (Intouchables)

Zasadniczo, na ogół, 19 milionów Francuzów nie może się mylić. W każdym razie nie powinno. A już na pewno nie w kinie.

Tylu mniej więcej widzów poszło na tę komedię we Francji. Kraju liczącym 66 milionów mieszkańców.

W Polsce liczącej 38,5 miliona mieszkańców takie wyniki w kinach się nie zdarzają z powodów daleko pozafilmowych.

Ale nie o sprawach pozafilmowych chciałem, tylko wręcz przeciwnie.

No więc, „Nietykalni” to komedia, którą trzeba obejrzeć. Raz na jakiś czas zdarza się w świecie taka komedia i trzeba ten rzadki fakt zakonotować, zrozumieć, zaakceptować, docenić i przeanalizować. Można się przy tym dobrze zabawić, bo to ŚWIETNY, śmieszny, mądry i pełen wdzięku film. A to nieczęste zjawisko w kinie światowym.

Niestety „Nietykalni” to film nie dla Polaków. Żyjemy w kraju jednokolorowym. Białym. Nie ma u nas mniejszości etnicznych, nie ma u nas emigrantów różniących się kolorem skóry, wyznaniem, czy kulturą (to znaczy oczywiście są, ale jest ich MAŁO – w odróżnieniu od Francji). Nie jesteśmy też społeczeństwem o tradycjach klasowych (w odróżnieniu od Francji). Dlatego nie wróżę tej komedii wielkiej popularności w naszym kraju. Ale to nie znaczy, że można sobie ten film odpuścić. Nie można.

Nie będę pisał o tym, o czym piszę zazwyczaj przy okazji filmów, które mi się podobały – tekst, aktorstwo, zdjęcia, scenografia, reżyseria i CAŁA robota filmowa są tutaj odrobione sumiennie i bez ściemy. Jest też śmiesznie i jest to komedia zrobiona z niewątpliwym wdziękiem. Ale najciekawszy jest tu TEMAT.

To modelowy niemal przykład przeboju kinowego w całości zrobionego przez idealnie natchniony wybór TEMATU.

Możesz być genialnym scenarzystą, fantastycznym reżyserem, możesz zatrudnić najwspanialszych aktorów na świecie i nakręcić najbardziej niebywały film z możliwych, ale jak nie trafisz z TEMATEM, to pies z kulawą nogą do kina nie przyjdzie.

Na „Nietykalnych” wydano 9,5 miliona euro. Zarobiono 238,7 milionów euro. Przez większość czasu na ekranie jest tylko dwóch aktorów. Nie ma tu żadnych spektakularnych filmowych atrakcji.

Jest tekst i aktorzy. I wystarczy.

Bo trafiono w sam środeczek dziesiątki z TEMATEM. Potem znaleziono nań odpowiedni pomysł. Dobrze go rozpisano. Świetnie obsadzono. Kompetentnie nakręcono. I voila!

Uwielbiam takie filmy – doskonale trafione w czas, miejsce, nastroje i oczekiwania.


Rzeź

Byłem na „Rzezi”. Dawno się tak nie uśmiałem na komedii. Wyszedłem z kina zadowolony, usatysfakcjonowany i syty wrażeń. To bardzo miłe i niestety nie za częste w moim przypadku uczucie.

A sprawa nie była wcale taka pewna. Mimo, że od zawsze lubię Polańskiego, trochę bałem się teatralności w tym filmie. I rzeczywiście teatru, słowa, dialogu, popisowego aktorstwa i statyczności jest tutaj sporo. Ale teatr w kinie nie musi być nudny. I ten film to udowadnia.

Rzadko się zdarza, żeby takie filmy wychodziły. Jedność czasu, miejsca i akcji to coś, od czego już mocno odwykliśmy. Współczesne kino lubi coś wręcz odwrotnego – różne czasy, mnogość miejsc i skróty akcyjne.

Tu jednak się udało. Potrzebna była pewna ręka wybitnego reżysera. Potrzebny był doskonały tekst. Potrzebna byla wirtuozeria czwórki aktorów.

Rzeź to komedia. To adaptacja znanej i przebojowej sztuki teatralnej. To film bardzo “polański” z całą jego drobiazgowością i niezwykłością w patrzeniu na świat. Ci, co lubią delektować się smaczkami stylu Polańskiego będą usatysfakcjonowani. To wreszcie film dla dorosłych, dzieciom i młodzieży może się nie spodobać.

Polański dba o swojego widza i szanuje go. Czułem to wyraźnie przez cały seans. I dlatego polecam tę komedię, bo takie kino to już dzisiaj rzadkość.