„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Gdzie u scenarzysty zaczynają się schody

„Są dwa rodzaje ludzi, ci co kończą to, co zaczynają i pozostała reszta.” (Robert Byrne – szachista amerykański)

Zacząć to każdy potrafi. Zaczynanie jest proste. Kiedy pojawia się pomysł, kiedy spada na nas z nieba i uderza w łeb z całą swoją mocą, jest to zazwyczaj pomysł na POCZĄTEK.

Ja przynajmniej tak mam. I przyznam się, że takie pomysły na film najbardziej lubię. Pojawia mi się we łbie pomysł na początek filmu i przez chwilę jestem szczęśliwy, że mam, że trafiłem, że objawiło mi się!

Potem przychodzi refleksja: przecież to tylko początek, to tylko pierwsza scena bądź sekwencja, to tylko pierwsze 10, 15, 20 stron scenariusza. A gdzie pozostałe 80? Gdzie reszta filmu!?

Zwróćcie uwagę, że wszystkie interesujące i ważne filmy dobrze się zaczynają. Słabe i nudne filmy też zazwyczaj dobrze się zaczynają. Różnica pojawia się gdzieś tak po początku, po ekspozycji, w okolicach 10-20 strony scenariusza.

W słabych filmach tam właśnie zaczyna się nuda, tam zaczyna się banał, nieoryginalność i mielizna. Dobre filmy w tym samym miejscu zaczynają się jakby na nowo. Po świetnej ekspozycji ruszają z kopyta, zaczynają nas interesować jakby bardziej, mają tam coś, co nie pozwala nam od nich oderwać oczu, co nas frapuje, trzyma nas za pysk, skupia naszą uwagę na resztę filmu.

Ciekawe, nie? Zacząć każdy potrafi, ale zrobić coś sensownego z tym, co się dobrze zaczęło, to już sztuka dostępna tylko wybranym.

Dlaczego tak jest?

Podejrzewam, że krótkie formy narracyjne są prostsze od długich. Początki są krótką formą narracyjną – kilka scen, zawiązanie akcji, doprowadzenie do tak zwanego „pierwszego punktu zwrotnego”. Frapujące zaczęcie, postawienie zagadki, wprowadzenie bohatera, zaciekawienie widza przez zaledwie parę minut jest łatwe.

Schody scenarzysty zaczynają się później.

Właściwie cały ŚRODEK filmu to schody. Jak się przez te schody sensownie przejdzie to zakończenie pisze się samo. Zakończenie wtedy jest proste. Dobrego scenarzystę nie poznaje się po tym jak zaczyna i jak kończy. Poznaje się go po tym, jak radzi sobie na schodach (czyli w środku opowieści).

A żeby na tych schodach nie polec, trzeba sporo wiedzieć o opowiadanej historii. O czym jest? Dlaczego jest o tym? Kto jest bohaterem i dlaczego? O co walczy bohater i dlaczego? Z kim walczy bohater? Co się w nim zmienia? To wszystko musi się rozegrać na schodach.

Dlatego nie warto na nie wchodzić bez przygotowania. Bez GRUNTOWNEGO przemyślenia podstawowych pytań dotyczących opowiadanej historii. Nieprzygotowany scenarzysta ZAWSZE polegnie na schodach.

Kiedyś wpadł mi w ręce interesujący wywiad ze znanym pisarzem Williamem Whartonem. Zdradził tam ciekawą metodę na radzenie sobie na schodach. W bardzo ciekawy sposób przygotowywał się do wejścia na schody. Otóż stawiał sobie kamerę wideo i opowiadał do kamery swoją, nienapisaną jeszcze powieść. Ględził do kamery godzinami, nagrywając na nią całe to ględzenie.

Potem podłączał kamerę do telewizora i oglądał opowiedzianą samemu sobie opowieść. Kiedy skończył, wyciągał wnioski odnośnie nudności tego co zobaczył i… zaczynał od początku.

Opowiadał samemu sobie nienapisaną jeszcze powieść kilka razy. Od początku do końca, własnymi słowami, tak jakby opowiadał ją komuś innemu. Mógł sobie to odtworzyć na drugi dzień, za tydzień, za miesiąc. Mógł to obejrzeć z dystansu. Kiedy uznawał, że CAŁOŚĆ się klei, zaczynał pisać.

Sprytne.

Człowiek, opowiadając coś własnymi słowami, drugiemu człowiekowi mobilizuje swój mózg do NIENUDZENIA. Nie chce wypaść słabo, chce zrobić wrażenie na słuchaczu, podświadomie chce go uwieść swoją opowieścią. Kamera video rejestrująca opowiadającego działa tak samo jak słuchacz. I dzięki niej właśnie William Wharton w swoich powieściach nie nudził.

Oczywiście sposobów przygotowania się do wejścia na schody jest więcej. Każdy autor powinien wypracować własny sposób radzenia sobie ze schodami.

Inaczej nigdy ich sensownie nie pokona.

Reklamy

Podróż bohatera o tysiącu twarzach

Nie wiadomo, co człowiek wynalazł najpierw – język czy opowieść.

Biorąc sprawę na logikę, język (sposób komunikacji) powinien być pierwszy. Opowieść musiała przyjść potem. Ja jednak uważam, że te dwa wynalazki, to tak naprawdę jeden wynalazek. Bo język JEST opowieścią. Każde zdanie składające się z podmiotu i orzeczenia jest opowieścią. I niemożliwym jest powiedzenie czegokolwiek sensownego, co nie byłoby opowieścią.

Wniosek stąd taki, że opowieści są równie stare jak język. I to bardzo ważna konstatacja.

Ludzie opowiadają sobie opowieści od zarania języka. Są to opowieści bardzo stare, dużo starsze niż pismo, które zostało wynalezione stosunkowo niedawno. Ludzkie opowieści podawane z ust do ust poprzez pokolenia przetrwały do dzisiaj.

To mity, legendy i podania ludowe.

Każda kultura ma swoje specyficzne mity. Są ich tysiące. Jeśli się jednak je dokładnie zanalizuje, można dojść do wniosku, że są do siebie bardzo podobne.

Takiej analizy dokonał w połowie XX wieku Joseph Campbell, jeden z najwybitniejszych w dziejach mitografów, religioznawców i antropologów kultury. Opisał swoje wnioski w obszernym, naukowym dziele „Bohater o tysiącu twarzach” („The Hero with a Thousand Faces”). Doszedł w niej do bardzo ciekawego pojęcia „monomitu”. Czyli zbioru pewnych uniwersalnych motywów, archetypów i sytuacji występujących we wszystkich mitach znanych człowiekowi. Doszedł do uniwersalnej opowieści, którą opowiadają sobie ludzie od zarania dziejów.

Oczywiście natychmiast badaniami  Campbell’a zainteresowało się Hollywood. Ale ponieważ „Bohater o tysiącu twarzach” jest książką dużą, trudną i naukową, zaraz znalazł się fachowiec (Chris Vogler), który streścił ją prostymi słowami na siedmiu stronach i pokazał producentom Disneya.

I w Hollywood wybuchła bomba. W końcu znaleziono przepis na idealną opowieść. Przepis prosty, klarowny i udowodniony naukowo. I filmy według tego przepisu zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu.

Czytaj resztę wpisu »


Opowiedz, co widzisz na zdjęciu

Jest sobie takie oto zdjęcie, jak powyżej.

Co na nim widać? Jaką historię ta prosta focia opowiada? Ile jest możliwych opowieści w tym zdjęciu?

Jest to banalne, prościutkie, elementarne ćwiczenie znane wszystkim dzieciom z pierwszej klasy każdej szkoły filmowej na kierunku scenopisarstwo. Jest to ćwiczenie tak podstawowe i nośne, że właściwie, żeby wykształcić fachowca-scenarzystę, wystarczy TYLKO to jedno ćwiczenie i kilka odpowiednich fotografii.

Jakie potencjalne opowieści niesie ta fotka? Kim jest ON? Kim jest ONA? Czy właśnie się spotkali? Czy właśnie się żegnają?

Czy poznali się niedawno? Czy znają się od lat? Czy mają dzieci? Czy chcą je mieć?

Czy ONA cieszy się, że ON przyjechał? Czy może ONA cieszy się, że ON odjeżdża?

Na jaką wojnę ON wyjeżdża? Albo z jakiej wojny wraca? Czy się kochają? Czy tylko udają miłość?

Kogo spotkał w swoim życiu ON na odległej wojnie? Kogo spotkała ONA, kiedy jego nie było? Czy te spotkania były dla nich ważne?

Czy ONA jest zadowolona, że jej ukochany jest żołnierzem? Czy ON jest żołnierzem z zamiłowania, czy z innych przyczyn? Za jaką sprawę walczy ON? Dlaczego ONA się na to godzi? Czy JEJ to pasuje?

Jak im się układa? Zadowalają ich ciągłe rozłąki? Lubią ten dreszczyk emocji, kiedy ON wyjeżdża i nie wiadomo, czy wróci? Lubią te chwile, kiedy witają się po jego powrocie, długo, mocno i do utraty tchu?

Skąd pochodzą? Jakie mieli dzieciństwo? Jakich mają rodziców? Jakie mają rodzeństwo? Z kim przyjaźni się ONA? Z kim przyjaźni się ON?

Ilu ludzi w swojej żołnierskiej karierze zabił? Jak z tym brzemieniem żyje? Czy budzi się w nocy z krzykiem? Czy pasuje JEJ, że ON w nocy krzyczy? A jeśli nie krzyczy, to czy (i dlaczego) lubi zabijać bliźnich?

O czym marzy ON? O czym marzy ONA? Czy wiedzą nawzajem o swoich marzeniach, czy może ukrywają je przed sobą?

Takich pytań może być jeszcze tysiąc.

Jak na wszystkie kompetentnie, sensownie i spójnie odpowiemy, powstanie opowieść godna kinowego ekranu.

A to tylko jedno proste zdjęcie znalezione przypadkiem w Internecie. To tylko mała iskierka, inspiracja, pomysłek, płomyczek.

Od takich właśnie iskierek wszystko się zaczyna ;-)


Kogo autor powinien lubić i szanować

Przypomnijcie sobie wszystkie nieudane filmy, które widzieliście. Już?

A teraz przypomnijcie sobie wszystkie te udane. Już?

To teraz możecie zweryfikować na podstawie własnych doświadczeń oczywiste twierdzenie, które za chwilę tu wypowiem.

Otóż, filmy udane od filmów nieudanych różnią się nastawieniem autora to WIDZÓW i do BOHATERÓW opowiadanej historii. Jak autor LUBI i SZANUJE jednych i drugich – film jest udany. Jak nie lubi i nie szanuje – film nie może się udać.

Przypomnijcie sobie „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową”. Tadeusz Chmielewski UWIELBIAŁ swojego Franka Dolasa. Widać to było w każdej minucie tej komedii. Marian Kociniak również KOCHAŁ graną przez siebie postać. Widać to było w każdym grymasie, w każdym geście i każdej sytuacji.

Przypomnijcie sobie „Seksmisję” Juliusza Machulskiego. Maks i Albert byli pieszczeni i kochani nie tylko przez reżysera. Kochali ich również aktorzy, którzy grali te role. Nic dziwnego, że pokochali ich widzowie.

Przypomnijcie sobie serial „Kariera Nikodema Dyzmy”, przypomnijcie sobie „Czterdziestolatka”, albo „Stawkę Większą niż Życie”. To wielkie manifestacje autorskiej EMPATII dla kreowanych postaci. To majstersztyki głębokiego SZACUNKU dla widowni.

Dlaczego widz ma polubić postać, której sam autor nie lubi!? Dlaczego ma się przejąć i zainteresować losami kogoś, z kogo autor szydzi, kogo OŚMIESZA i kogo uważa za gorszego!?

Dlaczego widz ma oglądać film, w którym z każdego kadru bije przekaz: „Ja, Autor, jestem od ciebie widzu lepszy, fajniejszy, mądrzejszy i bardziej zajeb*sty.”!?

Nie ma żadnego powodu by takie filmy oglądać.

I widzowie ich nie znoszą.

Dlatego dobry scenariusz to list miłosny.

Z tego listu ma wynikać miłość autora do kreowanych postaci. Musi również bić z tego listu głęboka sympatia i szacunek dla widza, którego chcemy zaprosić do kina.

W przeciwnym wypadku kino będzie PUSTE.

A nie ma nic smutniejszego niż puste kino.


Pisanie czy odkrywanie?

Sporo piszę ostatnio. Wczoraj zdarzyło mi się nawet machnąć 9,5 tysiąca znaków, co dla mnie jest dużym osiągnięciem. Piszę scenariusz komedii do kina. Długo szukałem tematu, a jak w końcu znalazłem, robota ruszyła z kopyta.

Oczywiście nie powiem nic więcej o tym projekcie, oprócz tego, że wydaje mi się BARDZO obiecujący. Na tyle obiecujący, że w ogóle chciało mi się posadzić moje leniwe d*psko na fotelu i zacząć pisać.

Zawsze uważałem, że pisać należy tylko w ostateczności. Kiedy nie ma już innego wyjścia.

No więc, jako wierzący i praktykujący scenarzysta, pochylony właśnie nad scenariuszem i będący w samym epicentrum jego powstawania, urodziło mi się pewne przemyślenie.

Otóż scenariusza się nie pisze. Scenariusz się ODKRYWA.

Zupełnie tak jak przed wiekami Wielcy Odkrywcy odkrywali nieznane lądy. Natykali się na kontur wyspy na horyzoncie, obierali kierunek, podpływali do niej, szukali naturalnego portu, żeby rzucić kotwicę, potem penetrowali ląd, idąc korytami rzek i dolinami. A na końcu rysowali mapę całości.

Tak samo jest ze scenariuszem filmowym. Najpierw trzeba umieć na horyzoncie dostrzec atrakcyjny pomysł. Potem trzeba się do niego zbliżyć, obwąchać go i obejrzeć ze wszystkich stron. Potem trzeba znaleźć punkt, od którego najlepiej jest zacząć. A potem kawałek po kawałku odkrywać całą opowieść.

I to właśnie teraz codziennie robię.

Posuwam się do przodu. Krok po kroku. Scena po scenie. Daję się nieść tej opowieści. Nic nie wymyślam, niczego nie tworzę i niczego nie naginam.

Wyciągam po prostu wszelkie możliwe wnioski z tego, co już odkryłem w tym tekście. I idę dalej. Konsekwentnie. Bo każda postać i każda sytuacja ma swoje LOGICZNE konsekwencje. Wystarczy je tylko z pokorą odkryć.

A najbardziej ekscytujące jest to, że nie mam pojęcia, gdzie mnie to zaprowadzi ;-)