„Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.” (Albert Einstein)archiwum cytatów

Pożegnanie z Profesorem.

Edward Żebrowski

Edwarda spotkałem w Katowicach. Byłem już po wrocławskim kulturoznawstwie i ciekawiło mnie, kto przyjdzie uczyć reżyserów na katowickim Wydziale Radia i Telewizji. Byłem już człowiekiem ukształtowanym, swoje w życiu przeczytałem i przedyskutowałem. Byłem odporny na ściemę i wiedziałem mniej więcej, czego chcę.

Edward mnie zaskoczył. Nie poznałem wcześniej nikogo takiego jak on. Był facetem ze spójną, przemyślaną postawą intelektualną, miał przenikliwe spojrzenie, miał w sobie powagę i potrafił mówić tak, by go słuchano.

Każde zajęcia z Edwardem Żebrowskim były dla mnie wydarzeniem. Nie pamiętam już jak nazywały się zajęcia, które prowadził, ale pamiętam dobrze, że analizowaliśmy filmy pod kątem scenariusza.

Pamiętam jego analizę „Pulp Fiction”. Pamiętam jak mówił o „grze z widzem”, którą prowadził reżyser tego filmu. Dokładnie pamiętam tę analizę, jej sensowność, przenikliwość i wrażenie jakie na mnie zrobiła. Edward wiedział, co mówi. Reprezentował określone stanowisko, miał zdanie, potrafił „przeczytać” film, umiał go rozebrać na czynniki pierwsze. Ta zupełnie unikalna umiejętność zrobiła na mnie duże wrażenie.

Potem nasza znajomość się rozwijała. Pokazywałem mu swoje koncepty filmowe. Oceniał je. Rozmawialiśmy. Pamiętam, że te rozmowy były wtedy dla mnie bardzo ważne.

Była to niemal modelowa więź pedagoga z uczniem w szkole artystycznej. Niczego nie mógł mnie nauczyć, ale mógł mi TOWARZYSZYĆ. I wiedział, że na tym polega jego rola. Czasami wystarczyło jedno słowo, chrząknięcie, spojrzenie, mina. I już wiedziałem. I on wiedział. Nauka w szkole filmowej polega na KONTAKCIE ze starszym, bardziej doświadczonym kolegą. Niczym więcej.

Był życzliwy i uważny. Starał się pomóc. Starał się zrozumieć, o czym chcę opowiedzieć. Potrafił być czułym akuszerem,  wnikliwym krytykiem i ostrym dyskutantem, ale zawsze potrafił zachować delikatność i powściągliwość w stosunku do młokosa, który jeszcze nie wie jak i o czym chce opowiadać.

On wiedział. Ale przewlekła choroba nie pozwalała mu tworzyć. Przynajmniej tak się wydawało. Może wiedział o tworzeni zbyt dużo i to go paraliżowało? Zawsze mnie to zastanawiało – dlaczego nie tworzy, dlaczego tylko uczy?

Kiedyś w jego mieszkaniu na Powiślu, podczas rozmowy, nagle przeprosił mnie na chwilę i wyszedł do innego pokoju. Zostawił mnie na dobre kilkanaście minut. Kiedy wrócił, zobaczyłem człowieka bardzo cierpiącego. Więc rzeczywiście był chory.

Potem nasze drogi się rozeszły. Skończyłem reżyserię. Wybrałem kino rozrywkowe. On został ze swoimi studentami, a ja mam taką wadę, że jak idę do przodu, to nie oglądam się za siebie. Kontakt się urwał.

Teraz dowiedziałem się, że Edward Żebrowski umarł. I poczułem stratę.

Byliśmy zupełnie różni. Pochodziliśmy z innych pokoleń, z innych światów, z odmiennych epok i sposobów myślenia. Jednak były chwile, kiedy czułem, że bardzo chcę mieć takiego nauczyciela jak Edward.

Był świetnym pedagogiem. Jestem pewien, że powie to każdy student szkoły filmowej, który kiedykolwiek się z nim spotkał.

I ci studenci to najważniejsze, co Edward Żebrowski po sobie zostawił.

(Więcej o Edwardzie Żebrowskim w artykule Barbary Hollender.)

Reklamy

Dziś WKRĘCENI uderzają w kinowe ekrany

Wkreceni - plakat

Zaczęło się dawno, dawno temu w odległej galaktyce od krótkiego, zdawkowego, jednozdaniowego pomysłu na film. Zwykle tak się zaczyna.

Pomysł został zapisany i wylądował w magnetycznej strukturze twardego dysku w celu odpowiedniego leżakowania. Czas najlepiej weryfikuje krótkie, jednozdaniowe pomysły na film. Ten jednak leżakował szczególnie długo. O jego wartości świadczyło to, że nigdy o nim nie zapomniałem. Zawsze wiedziałem, że go mam i że kiedyś na pewno się nim zajmę wnikliwiej.

Ten czas jednak nie nadchodził. Pomysł sobie leżał, dojrzewał i nabierał szlachetnych aromatów. W końcu postanowiłem się z nim zmierzyć. Wygrzebałem go z mojego przepastnego drzewa katalogów i zacząłem z nim spacerować. Spacerowanie jest dużo ważniejsze niż pisanie. Pisanie to czynność techniczna, spacerowanie to czynność twórcza.

Po wielu przespacerowanych kilometrach już wiedziałem, o czym ma być ta komedia. Napisałem ją w miesiąc. Poprawiłem w kolejny miesiąc. Potem jakimś cudem dostałem zielone światło i ze spacerującego, łagodnego scenarzysty przeistoczyłem się w krwiożerczego reżysera.

Na planie było cudnie. Mimo wszelkich trudności, które zazwyczaj zdarzają się na planach filmowych, tutaj praca była rozkoszą. Dzięki aktorom. Wystarczyło ich tylko trochę wypuścić na improwizację i diamenty zaczynały się sypać wokół w porażających ilościach. Z takich właśnie komediowych diamentów tka się komedię. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie oddają filmowi cały swój talent, a w tym przypadku talentu udało się uzbierać naprawdę sporo.

Potem był montaż i reszta postprodukcji. Wszystko w zawrotnym tempie i w niezwykłej intensywności. Nigdy jeszcze tak intensywnie nie pracowałem nad żadnych filmem. I znowu talenty różnych ludzi posypały się w hurtowych ilościach. Film zaczął błyszczeć i mienić się wszystkim, co najlepsze.

Przedwczoraj odbyła się premiera WKRĘCONYCH w Zamościu. Niezłą relację z tego wydarzenia można obejrzeć tutaj. Dzięki zamojskiej publiczności przekonałem się, że ten film to rzeczywiście komedia. Usłyszałem to i zobaczyłem. Bo film można nazwać komedią TYLKO wtedy, kiedy sala kinowa ryczy ze śmiechu. I tak właśnie było w Zamościu.

Wczoraj odbyła się warszawska premiera WKRĘCONYCH. Tutaj wszystko się potwierdziło. Ludzie się śmiali, klaskali po niektórych żartach i bawili się świetnie.

Dzisiaj WKRĘCENI uderzają w ekrany kinowe w całej Polsce. Przy pomocy nowiutkich, japońskich fotonów światła wystrzeliwanych z projektorów cyfrowych film odbije się od srebrnych ekranów i trafi wprost na siatkówki widzów. Po to go zrobiliśmy – widzom na uciechę.

I tę uciechę wszystkim gwarantuję :)

(Jeśli chcecie być na bieżąco z WKRĘCONYMI polecam profil filmu na facebooku.)

Wkreceni - fotos


WKRĘCENI – robota idzie pełną parą

WKRĘCENI - przedplakat

Lekko nie jest. Dawno tu nie pisałem, bo jestem zajęty. Moja nowa komedia powoli nabiera kształtów. Intensywna postprodukcja zabiera niemal całą moją uwagę. Inne sprawy muszą poczekać. Priorytety – niestety ;)

Otóż komedia nazywa się WKRĘCENI. Jak widzicie na powyższym przedplakacie w kinach będzie w styczniu 2014. Biorąc pod uwagę, że zdjęcia skończyły się w pierwszych dniach października, tempo pracy mamy zapierające dech w piersiach. Ale, jak się wie, czego się chce, nie ma się co cackać z robotą.

Po co robię ten film?

Dla uciechy. Dla rozrywki. Dla widzów. Polacy bez swoich komedii dziczeją. Muszę zatem temu zdziczeniu zapobiec. Wychodzi jak na razie (odpukać) śmiesznie. I z sensem. I obym się za bardzo w tej kwestii nie pomylił.

Na koniec jeszcze wklejam teaser WKRĘCONYCH. Już można go zobaczyć w kinach. Niebawem pokaże się pełny trailer filmu.

Postaram się informować na bieżąco o sytuacji na froncie. Bo jak napisałem na wstępie – lekko nie jest :)


Kino na zakręcie

Znowu przypadkiem zobaczyłem świetny, pełnometrażowy dokument. Canal+ pokazał wczoraj film „Jiro śni o sushi”. Opowieść o Jiro, osiemdziesięciopięcioletnim japońskim mistrzu sushi, do którego maleńkiej sushi-dajni trzeba rezerwować miejsce z miesięcznym wyprzedzeniem. Przez prawie półtorej godziny nie mogłem oderwać oczu od ekranu.

Dawno już mi się coś takiego nie zdarzyło w przypadku filmu fabularnego. Z ostatniego hollywoodzkiego „mega-hitu” w „3d” pod znanym tytułem „Wielki Gatsby” wyszedłem z kina w trzech czwartych seansu, bo nuda i ból dupy jaki odczuwałem stały się nie do zniesienia. Kompletna brednia i efekciarska ściema za 100 milionów dolarów.

Co jest ze mną nie tak?

Co jest z kinem nie tak?

Co się dzieje?

Dlaczego kameralnie robione, nic nie kosztujące, pełnometrażowe dokumenty robią dzisiaj w świecie taką karierę, podczas gdy kolejny rok hollywood nie jest w stanie opowiedzieć światu niczego godnego uwagi?

Oczywiście najłatwiej jest dojść do wniosku, że to ja zwariowałem, że z kinem wszystko w porządku, że git, że działa, jak zwykle. Po prostu zwariowałem. To się zdarza facetom po czterdziestce.

To jednak byłoby zbyt proste. Taka analiza problemu, to żadna analiza. To umysłowe lenistwo, na które kto jak kto, ale ja nie mogę sobie pozwolić.

Tym bardziej, że ten trend obserwuję już od ładnych paru lat. Kino fabularne flaczeje, staje się nudne, wtórne i nieciekawe. Ostatnio przeczytałem gdzieś w sieci wpis pewnego znanego krytyka amerykańskiego, że kino umiera. Kino przestaje być tym, czym było jeszcze niedawno. A było rzeczywiście „najważniejszą ze sztuk”. Było wyznacznikiem stylu, mody i zakreślało horyzonty myślenia miliardów ludzi na ziemi. Kino pokazywało ludziom o czym mają śnić, jak mają żyć, jak powinni wyglądać, co jeść, w co się ubierać, jak się czesać i malować, jakie papierosy palić, jak wyznawać miłość ukochanej i jak potem tę miłość konsumować.

To już minęło.

Dzisiaj nikt już nie ubiera się jak jego ulubiona gwiazda filmowa. W każdym razie nie jest to już tak ważne dla milionów zwykłych ludzi, jak kiedyś. Kino przestało być ważne. Przestało kształtować zbiorową wyobraźnię, zbiorową świadomość i zbiorową podświadomość tak, jak robiło to kiedyś.

Dlaczego?

Amerykański krytyk doszedł do konkluzji, że to przez wielość atrakcji, która dookoła nas fruwa. Mamy internet, seriale, telewizję, gry, youtuba, sport, muzykę i wszystko w takiej ilości, że kino w naturalny sposób zbladło.

Otóż uważam, że cytowany krytyk nie ma racji. Bo kino nie zbladło całkiem. Zbladły tylko te rejony produkcji filmowej, z której wyeliminowano artystów. Tam gdzie filmy robią artyści, mamy niezwykły urodzaj świetnych opowieści. Przykładem jest ostatnia eksplozja doskonałych pełnometrażowych dokumentów i telewizyjnych seriali fabularnych. To ostatnie bastiony światowej produkcji filmowej, gdzie artysta filmowiec (autor, reżyser, producent) mają jeszcze coś do powiedzenia. W hollywood filmy robią księgowi i żołnierze korporacji zakuci w garniturkowe zbroje. I to widać. Bardzo to widać.

Żeby zadziwić widza zajmującą opowieścią, trzeba być artystą. A wbrew temu co się dzisiaj myśli, artystą nie może być każdy. Dobry film potrzebuje natchnionego autora. Wszystko jedno, czy będzie to scenarzysta, reżyser, czy producent. Musi być to natchniony filmowiec, który ma wpływ na to co, jak i dla kogo opowiada.

Jeśli za opowiadanie historii biorą się biuraliści, nic dobrego nie może z tego wyjść.

Wysyp doskonałych pełnometrażowych dokumentów wziął się z rewolucji cyfrowej. Nagle (o czym na tym blogu wielokrotnie pisałem) filmowcy dostali tanie, doskonałej jakości kamery cyfrowe. Cała produkcja staniała na tyle, że przestała w zasadzie kosztować. Można dziś kręcić filmy dokumentalne prawie za darmo. Nie płaci się aktorom, nie płaci się za scenografię, lokacje, kostiumy. Po prostu kręci się to, co ma się ciekawego przed obiektywem. Żadne korporacje mediowe, prezesi i księgowe nie mają tu nic do gadania. Tak powstaje sztuka.

Inaczej jest z serialami fabularnymi. Tutaj potrzebne są wielkie pieniądze na produkcję, ale z powodu ogromnej objętości narracyjnej opowieści i potrzeby fachowego nad tą narracją zapanowania, nie odsunięto od produkcji autorów. Seriale to wciąż królestwo wiodącego scenarzysty, księgowi nie mogą się go pozbyć, bo nie są w stanie zapanować nad opowieścią. A więc mamy choć jednego filmowca artystę na pozycji decyzyjnej. I jak się okazuje to wystarczy. Seriale fabularne zawojowały świat.

Kino natomiast leży i kwiczy. Filmy fabularne są (prawie) całkowicie we władzy księgowych.

To oczywiście bardzo powierzchowna analiza. Mocno skrótowa, subiektywna, zbyt uogólniająca, być może nawet emocjonalna. Sęk w tym, że mnie to boli, bo zawsze byłem zagorzałym i zdeklarowanym konsumentem fabuł. Hollywood sprzed dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu lat dostarczało mi kinowej strawy na najwyższym rozrywkowym poziomie. Teraz nawet moi starzy mistrzowie Spielberg, Scorsese czy Ridley Scott oddali kamerę księgowym. Z marnym skutkiem.

Nigdy nie lubiłem dokumentu. Nigdy nie chciałem go robić, ani oglądać. Teraz nagle odkrywam, że serce kina przestało bić w hollywood i bije w pełnometrażowym dokumencie. Bije też w telewizyjnych, fabularnych serialach. Bo serce kina bije tylko tam, gdzie są artyści. W korporacyjnych biurach nie ma ich na pewno.


Pięć rozbitych kamer (5 Broken Cameras)

Kiedy pewnemu palestyńskiemu rolnikowi urodził się czwarty syn, zachwycony ojciec postanowił kupić kamerę. Chciał filmować swojego małego chłopaka, chciał dokumentować jak rośnie, jak się bawi, jak z oseska staje się chłopcem.

Tak to zwykle się zaczyna. Świeży rodzic biegnie do sklepu AGD by kupić tanią kamerę, którą chce utrwalać ulotne, rodzinne zachwyty, olśnienia i wzruszenia. Tak zwykli ludzie zaczynają filmować.

Wkrótce jednak Emad Burnat, nasz palestyński rolnik z niewielkiej wioski Bil’in na Zachodnim Brzegu Jordanu skierował swoją kamerę w innym kierunku. Zaczął filmować zbliżające się do jego ziemi nowo powstające osiedla żydowskich osadników.

I tak powstał jeden z najlepszych filmów dokumentalnych jakie ostatnio widziałem.

To zresztą ciekawe, że coraz częściej pisząc na tym blogu o filmach, które mnie poruszyły – piszę o filmach dokumentalnych. Fabuła utknęła w niemocy, maraźmie i wtórności. Niewiele myślowo ciekawych rzeczy dzieje się dzisiaj w świecie filmu fabularnego i jest to na pewno temat na osobną analizę.

Ale wróćmy do naszego palestyńskiego plantatora oliwek. Otóż jego ziemia kawałek po kawałku była zajmowana przez Izrael. Jego gaiki oliwne, należące do rodziny od pokoleń, nagle były niszczone i równane z ziemią przez buldożery. Nagle na miejscu tych sadów oliwnych zaczęły rosnąć żydowskie domy.

I o tym jest ten film. O niewielkiej, wiejskiej społeczności rolników atakowanych przez uzbrojonych po zęby, bogatych, agresywnych i fanatycznych obcych. Widzimy kolejne demonstracje bezsilnych rolników, którym odbiera się ziemię. Widzimy kolejne protesty przeciw murowi stawianemu w poprzek oliwnych gajów przez Izraelczyków. Widzimy walki z wojskiem, zamieszki, rozruchy. Widzimy konkretną palestyńską rodzinę stającą wobec przemocy wojska. Widzimy całą wieś pacyfikowaną nocą przez izraelskie wojsko dokładnie tak samo, jak wermacht pacyfikował polskie wsie w czasie II wojny światowej.

Emad Burnat filmował to wszystko z podziwu godną odwagą, skrupulatnością i wytrwałością. Często z narażeniem życia. Stracił pięć kamer. Rozwalono je albo postrzelono. Ale dzięki temu powstał unikalny głos drugiej strony tego konfliktu. Do tej pory świat słyszał głównie głos izraelskiej propagandy wojennej powielanej bezrefleksyjnie przez większość mainstreamowych, głównie anglosaskich mediów.

Teraz dzięki temu filmowi możemy zobaczyć, jak to wygląda od drugiej strony. A wygląda to niezwykle przejmująco. Bo to bardzo szczery film.

Emad Burnat dostał za ten film nominację do Oscara. Kiedy przyleciał do Los Angeles, na lotnisku spotkało go sporo nieprzyjemności. Nie chciano wpuścić do miłującej pokój Ameryki palestyńskiego terrorysty. Głośno było o tej sprawie w mediach. Oskara oczywiście nie dostał.

Ale ma szóstą kamerę. I filmuje dalej.


Dwoje do Poprawki – czyli pochwała niszowości

Fajny film wczoraj widziałem. Momenty, owszem, były. I było to o tyle ciekawe, że aktorzy w wieku Maryl i Tommy Lee już na pozór nie nadają się do filmowych „momentów”.

Błąd. Nadają się świetnie. Dawno nie widziałem tak koncertowo zagranych „momentów”, jak w tym filmie.

„Dwoje do Poprawki” to film tak prosty, że już prościej się nie da. Dwoje aktorów w koncertowych kreacjach przez cały film nie schodzi z ekranu. Troje pozostałych aktorów pojawia się w niewielkich epizodach.

Wszystko jest kameralne, skromne i delikatne. Cały film opiera się na doskonałym tekście, genialnym, zjawiskowym aktorstwie filmowym i dyskretnej, minimalnej, bardzo kompetentnej reżyserii. Tyle wystarczy, żeby zrobić świetny film o małżeńskim problemie pary z długim stażem.

Tyle o filmie. Polecam Wam go, bo oprócz rozkosznych doznań natury artystycznej, widać tu jak na dłoni, co w dobrym kinie ma znaczenie – tekst, aktor, reżyser.

A teraz o czym innym. O niszowości. Otóż film „Dwoje do Poprawki” został bardzo precyzyjnie wycelowany w widza. Młodzieży się raczej nie spodoba. Nic z tego nie skumają. Spodoba się ludziom dojrzałym (40+) – a i to nie wszystkim. Jest to film dla par z długim stażem. Trzeba trochę razem przeżyć, żeby ten film zrozumieć, odebrać i docenić.

To bardzo precyzyjny i dość wąski adres. To ewidentnie film NISZOWY. Ale wycelowany w grupę dość pokaźną (w skali świata), dysponującą czasem, pieniędzmi na bilet i chęcią pójścia do kina. I ludzie poszli. Film zarobił i bardzo dobrze. Nie wiem, jak udała się polska dystrybucja, ale amerykańska i światowa poszła dobrze.

Od pewnego czasu hollywood zaczyna właśnie tak niszowo kombinować. Nie robią już kina dla wszystkich, bo to się nie sprawdza. Robią kino dla konkretnych, „wąskich” grup odbiorców. Podobnie jest z amerykańskimi serialami. Czasami celują niezwykle wąsko – w wielbicieli wampirów, czy amatorów krwawych jatek, czy w grupę pomiędzy dziesiątym a trzynastym rokiem życia i wychodzą na swoje.

Dlaczego? Bo świat staje się niszowy. Świat zaczyna składać się z nisz. „Contentu” jest tak dużo, że nie sposób już tego ogarnąć. Filmów i seriali produkuje się takie ilości, że życia nie starczy, żeby obejrzeć choćby jedną setną tej produkcji. Co zatem wybierają konkretni widzowie? To, co ich osobiście, NAJBARDZIEJ interesuje.

Tak tworzą się nisze. Bardzo konkretne obszary zainteresowań, które hollywood wypełnia swoimi propozycjami fabularnymi. Takie wąskie nisze w skali całego świata to całkiem pokaźne grono odbiorców. W skali kraju takiego jak nasz często mieszczą się w granicach błędu statystycznego.

U nas wciąż komercyjna produkcja musi być „dla każdego”, a w każdym razie „bardzo szeroko”. Inaczej nie ma szans na rentowność.

Ale to się zmieni. Intuicja podpowiada mi, że od niszowości nie ma ucieczki. W świecie, w którym jest tak ogromny nadmiar „contentu” fabularnego znowu zadziała stare prawo, że „jak coś jest dla każdego, to jest dla nikogo”.


VIMEO ON DEMAND – Rewolucji ciąg dalszy

Rewolucja w kinematografii światowej postępuje. I jest to rewolucja dużo głębsza niż wcześniejsze przełomy. Kino dźwiękowe, kino kolorowe czy nawet kino 3D to nic w porównaniu z tym, co dzieje się teraz. Bo teraz prawdziwe KINO wchodzi pod strzechy. Teraz prawdziwe kino demokratyzuje się na skalę nieznaną dotychczas w stuletniej historii tej sztuki.

O tym, że dzisiaj każdy może być światowej sławy filmowcem z własną wytwórnią filmową w plecaku pisałem już we wcześniejszym wpisie. Nie będę się powtarzał. To już fakt. To się dzieje od kilku lat. Rewolucję zapoczątkował Canon swoimi lustrzankami, do których dodał możliwość filmowania. To zmieniło wszystko. Teraz w plecaku mieści się kamera (albo lustrzanka), statyw (albo monopod), mikrofon (albo rejestrator), obiektyw i laptop z całym softem do profesjonalnej postprodukcji.

Powstało w ten sposób mnóstwo filmów. Kłopot zaczynał się później. Co z dystrybucją? Co z dotarciem do widza? Co z otrzymaniem zapłaty za swoją filmową robotę przy konkretnym projekcie?

Prawdziwa, szeroka dystrybucja wciąż była zamknięta dla amatorów, półamatorów i profesjonalistów filmujących w systemie „low-budget”. Zdarzały się oczywiście wyjątki, ale były to TYLKO wyjątki. Czasami produkcja niskobudżetowa trafiała do szerokiej, światowej dystrybucji i miała szansę spotkać się z widzami na całym świecie. Tylko czasami.

Od paru dni wszystko się zmieniło. Serwis Vimeo uruchomił usługę „Vimeo on demand”. I ta usługa zmieni w kinie światowym WSZYSTKO.

Co to jest Vimeo? Jest to serwis podobny do YouTuba. Możesz tam za darmo umieścić swoje video i cały świat może je za darmo obejrzeć. Czym Vimeo różni się od YouTuba? Vimeo od samego początku oferował znacznie wyższą jakość projekcji (bitrate, rozdzielczość) i od zawsze preferował rozdzielczość HD. Dlatego szybko stał się ukochanym serwisem wszelkiej maści filmowych amatorów, entuzjastów, młodych filmowców i profesjonalistów chętnie pokazujących tu swoje portfolio.

Vimeo dostępne jest wszędzie w sieci: przez przeglądarkę, przez smartfony, tablety aż po rodzące się właśnie SmartTV, przystawki i wszystko inne, co służy do oglądania cyfrowego „contentu” z sieci.

Na czym polega usługa „Vimeo on demand”? Zasada jest prosta. Zakładasz konto na Vimeo. Umieszczasz w serwisie swój film i wyznaczasz cenę za każde obejrzenie. Zazwyczaj jest to od 2 do 9 dolarów. TY decydujesz, ile widz ma zapłacić za projekcję. Serwis Vimeo bierze 10% tej kwoty. 90% dostajesz ty. Proste, klarowne i uczciwe. Możesz zastrzec na jakich terytoriach film może być oglądany, możesz też wybrać opcję „worldwide” i wtedy będzie można go obejrzeć wszędzie.

Na razie w serwisie dostępnych jest zaledwie siedem filmów. Są to w większości pełnometrażowe dokumenty na różne tematy. Ale oczywiście można tam umieścić każdy gatunek filmu – fabułę, dokument, kreskówkę, czy co się komu podobało nakręcić.

Czyli ostatni bastion runął. Światowa, płatna dystrybucja filmu w systemie VOD, na uczciwych zasadach jest już dostępna dla każdego. KAŻDY, kto nakręcił film, jest zaledwie kilka klików myszką od prawdziwej, szerokiej dystrybucji w porządnej jakości HD, na uczciwych finansowych zasadach. I to jest rewolucja. Bo teraz każdy filmowiec w swoim plecaku mieszczącym przenośną wytwórnię filmową, będzie miał również światowego dystrybutora, który pobiera zaledwie 10% ceny projekcji. Jeśli to nie jest rewolucją w światowym kinie, to co nią jest?

Jeszcze kilka słów o samym VOD („video on demand”).

Otóż, telewizja umiera. Ludzie urodzeni w czasach Internetu nie akceptują czegoś takiego jak „telewizyjna ramówka”. Chcą oglądać to, co lubią, w wyznaczonym przez SIEBIE czasie. Coraz więcej ludzi nie ma klasycznego telewizora. Do oglądania filmów i seriali telewizor już nie jest potrzebny. Potrzebny jest dobry monitor (projektor, laptop, tablet, smartfon) i dostęp do Internetu. Za kilka lat telewizja jaką znamy odejdzie do lamusa. Wszystko będzie VOD – czyli „na żądanie”.

Teraz do zdania: „Każdy może być filmowcem.” Należy jeszcze dopisać: „…i każdy może pokazywać swoje filmy całemu światu ZA PIENIĄDZE.”