Tysiąc czterysta czterdzieści minut
Opublikowane: 9 Maj 2012 Filed under: Internet, Media, Scenopisarstwo, Życie | Tags: Content, czas, konkurencja, nadmiar, szum informacyjny, treść, uwaga, widz 22 Komentarze
1440 minut to wszystko co masz.
A właściwie masz tego trochę mniej. W ciągu doby trzeba też spać, jeść, oddawać się czynnościom higienicznym, przemieszczać się i robić całą masę innych koniecznych, aczkolwiek niespektakularnych czynności pożerających cenne minuty.
Ale jedno jest pewne. Te 1440 minut na dobę to JEDYNA brzęcząca moneta, jedyny kapitał i niepowtarzalny skarb, jaki człowiek ma. Niczego innego człowiek nie ma. A jeśli nawet wydaje mu się, że ma, to jest to tylko złudzenie „mania”.
Swoje 1440 minut możesz wymienić na różnego rodzaju nietrwałe dobra doczesne. Trzeba w tym celu odsprzedać swojemu pracodawcy część doby. Zazwyczaj jest to około pięciuset minut na dobę. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj więcej.
Po wykonaniu w miarę rzeczowego bilansu można założyć, że po odjęciu snu, pracy i czynności podtrzymujących procesy życiowe zostają ci z liczby 1440 minut ostatnie trzy cyferki. Czyli 440 minut czasu wolnego. Czasami więcej, czasami mniej, zazwyczaj mniej.
Na co poświęcasz te minuty? Na co wówczas kierowana jest twoja uwaga?
Powyższe pytania to w dzisiejszych czasach NAJWAŻNIEJSZE pytania w światowym biznesie. Bo ten, kto nazbiera najwięcej minut uwagi innych ludzi jest dzisiaj najbogatszy. Niezłe, nie?
Taki na przykład Facebook za chwilę ma wejść na giełdę. Zostanie wyceniony na niebotyczne setki milionów dolarów (albo i więcej) a przecież Facebook to tylko bity. Niematerialne bity poukładane w webową aplikację obsługiwaną przez spory serwer. Do tego pewnie mają jakieś biuro, gdzie siedzi Mark Zuckerberg i knuje. Knuje jak dostać za darmo twoją kolejną minutę.
I dostanie ją. Bo właśnie niedawno kupił (za kolejne setki milionów dolarów) trochę niematerialnych bitów zwanych Instagram – prostą sieciową aplikację, której ludzie z niewiadomych powodów zaczęli poświęcać swoje cenne minuty. Teraz te minuty są już Marka :-)
O twoje minuty walczą wszystkie telewizje świata, wszystkie wytwórnie filmowe, wszyscy pisarze, wydawcy i redaktorzy naczelni. Zabiegają o nie portale, serwisy społecznościowe i blogerzy. Biją się o nie politycy, przywódcy religijni i wszelkiej maści celebryci.
W tym samym czasie wszystkie agencje reklamowe świata wyceniają na bieżąco twoje wolne minuty i sprzedają je na długo zanim jakikolwiek zegar je wybije.
A im bardziej wszyscy walczą o twoją uwagę, tym twoja uwaga (i twoje minuty) stają się cenniejsze. Im więcej jest zabiegających o twoje minuty, tym ich wartość rośnie – to normalne prawo popytu i podaży, gdzie podaż się nie zmienia – zawsze wynosi 1440 minut na dobę.
Jaki z tego morał?
Morałów z tego jest sporo. Dla każdego inne. I trzeba je sobie dośpiewać samemu.
W wolnym czasie.
Nietykalni (Intouchables)
Opublikowane: 13 kwietnia 2012 Filed under: Filmy | Tags: film, francja, kino, komedia, przebój kinowy, scenariusz, temat 36 Komentarzy
Zasadniczo, na ogół, 19 milionów Francuzów nie może się mylić. W każdym razie nie powinno. A już na pewno nie w kinie.
Tylu mniej więcej widzów poszło na tę komedię we Francji. Kraju liczącym 66 milionów mieszkańców.
W Polsce liczącej 38,5 miliona mieszkańców takie wyniki w kinach się nie zdarzają z powodów daleko pozafilmowych.
Ale nie o sprawach pozafilmowych chciałem, tylko wręcz przeciwnie.
No więc, „Nietykalni” to komedia, którą trzeba obejrzeć. Raz na jakiś czas zdarza się w świecie taka komedia i trzeba ten rzadki fakt zakonotować, zrozumieć, zaakceptować, docenić i przeanalizować. Można się przy tym dobrze zabawić, bo to ŚWIETNY, śmieszny, mądry i pełen wdzięku film. A to nieczęste zjawisko w kinie światowym.
Niestety „Nietykalni” to film nie dla Polaków. Żyjemy w kraju jednokolorowym. Białym. Nie ma u nas mniejszości etnicznych, nie ma u nas emigrantów różniących się kolorem skóry, wyznaniem, czy kulturą (to znaczy oczywiście są, ale jest ich MAŁO – w odróżnieniu od Francji). Nie jesteśmy też społeczeństwem o tradycjach klasowych (w odróżnieniu od Francji). Dlatego nie wróżę tej komedii wielkiej popularności w naszym kraju. Ale to nie znaczy, że można sobie ten film odpuścić. Nie można.
Nie będę pisał o tym, o czym piszę zazwyczaj przy okazji filmów, które mi się podobały – tekst, aktorstwo, zdjęcia, scenografia, reżyseria i CAŁA robota filmowa są tutaj odrobione sumiennie i bez ściemy. Jest też śmiesznie i jest to komedia zrobiona z niewątpliwym wdziękiem. Ale najciekawszy jest tu TEMAT.
To modelowy niemal przykład przeboju kinowego w całości zrobionego przez idealnie natchniony wybór TEMATU.
Możesz być genialnym scenarzystą, fantastycznym reżyserem, możesz zatrudnić najwspanialszych aktorów na świecie i nakręcić najbardziej niebywały film z możliwych, ale jak nie trafisz z TEMATEM, to pies z kulawą nogą do kina nie przyjdzie.
Na „Nietykalnych” wydano 9,5 miliona euro. Zarobiono 238,7 milionów euro. Przez większość czasu na ekranie jest tylko dwóch aktorów. Nie ma tu żadnych spektakularnych filmowych atrakcji.
Jest tekst i aktorzy. I wystarczy.
Bo trafiono w sam środeczek dziesiątki z TEMATEM. Potem znaleziono nań odpowiedni pomysł. Dobrze go rozpisano. Świetnie obsadzono. Kompetentnie nakręcono. I voila!
Uwielbiam takie filmy – doskonale trafione w czas, miejsce, nastroje i oczekiwania.
Po co biegam?
Opublikowane: 30 marca 2012 Filed under: Życie | Tags: bieganie, jogging, medytacja, początki, ruch, sport, zaczynanie, zdrowie 22 KomentarzeNienawidziłem biegania od kiedy pamiętam.
W dzieciństwie byłem niezłym sprinterem, ale dłuższe dystanse były dla mnie katorgą. Męczyłem się, dyszałem, szybko łapała mnie kolka, tragedia, koszmar, dramat, męka, złość, nienawiść, desperacja, rozpacz. A biegaliśmy wtedy często na wu-efach. Za często!
Nie znosiłem biegania! O, jak ja nie znosiłem, kiedy mnie zmuszano w szkole do biegania!
Dlatego potem nie biegałem. Uprawiałem różne sporty – tenis, pływanie, na studiach grywałem w koszykówkę, czy siatkówkę, jeżdżę na rowerze, sporo spaceruję.
Ale nigdy z własnej woli nie biegałem.
Pół roku temu postanowiłem spróbować. W myśl zasady – ruch to życie, bezruch to nieżycie – potrzebowałem ruchu. Każdy, kto pracuje głową, potrzebuje ruchu.
Potrzebowałem sportu, który by mnie mocno zmęczył, który zmuszałby do pracy WSZYSTKIE mięśnie, który w trakcie godzinnej sesji wyduszałby ze mnie siódme poty i który można uprawiać za darmo, zawsze, wszędzie, samemu, na świeżym powietrzu, w każdych warunkach i w każdych okolicznościach.
Tylko bieganie spełnia wszystkie te wymagania. Dlatego postanowiłem spróbować.
I tak ja, czterdziestolatek od urodzenia nienawidzący biegania, zacząłem biegać.
Oto jak to zrobiłem:
- Postanowiłem zacząć stopniowo, delikatnie i łagodnie. Nic na siłę.
- Bieganie zaplanowałem co drugi dzień przez godzinę.
- W czasie tej godziny – wolny trucht przeplatany z marszem.
- Żadnego forsowania się, męczenia, wysilania – chwila biegu, kiedy tylko robiło się ciężko, przechodziłem do marszu.
- Jeśli po takiej godzinie marszobiegu czułem potem jakikolwiek ból (kolana, golenie, staw skokowy czy biodra) – przestawałem na parę dni biegać, aż ból ustąpił. Nic na siłę, nic na chama.
- Jeśli nie miałem czasu na bieganie co drugi dzień, starałem się, żeby było tego co najmniej trzy godzinne sesje tygodniowo.
- Biegałem jak najwolniej, ale i jak najstaranniej technicznie.
- Nic na siłę, nic na chama. Jedyne co się liczy to SYSTEMATYCZNOŚĆ.
- Moim celem nie jest sport, wyczyn i wynik, tylko tlen, ruch, frajda i medytacja.
Na początku pokonywałem w ten sposób 3-4 kilometry. Zmęczenie było ogromne, choć oszczędzałem się, jak mogłem. Każdy głupi potrafi się przetrenować, zniechęcić i nabawić jakiejś kontuzji. W bieganiu chodzi o coś zupełnie odwrotnego. O frajdę. I nigdy nie przypuszczałem, że znienawidzone przeze mnie bieganie może dawać frajdę.
Teraz, po pół roku takiego biegania, w czasie swojej godzinnej sesji pokonuję 6-8 kilometrów. I widzę korzyści. Spore korzyści. Oto one:
- Ogólny wzrost formy fizycznej, wytrzymałości, siły i kondycji.
- Zniknęły bóle kręgosłupa.
- Topnieją fałdki i oponki. Wygląda na to, że bieganie spali je do zera.
- Poprawa trawienia i przemiany materii. Obieg energii w organizmie jest szybszy i sprawniejszy.
- Bieganie mocno poprawia nastrój. Rodzaj szczęścia (a nawet euforii) podczas biegu to nie ściema. To zjawisko naprawdę istnieje.
- Bieganie porządkuje we łbie. To rodzaj godzinnej medytacji sam na sam ze sobą. Jest miarowe oddychanie, jest rytm ruchu ciała, mantrę można sobie dośpiewać ;-)
- Bliski kontakt z otoczeniem. Wszystko jedno, czy otacza mnie las, plaża, czy miasto, kiedy biegnę, jestem blisko tego środowiska. I mogę się nim do woli delektować.
- Krew szybciej krąży i wiesz, że żyjesz. To ważne doznanie.
Bieganie robi się u nas coraz modniejsze. Z roku na rok widzę w swojej okolicy coraz więcej biegających. O czym to świadczy? O tym, że ludzie coraz lepiej czują się w swoim życiu. I chcą zachować ten stan, chcą żyć dłużej, podoba im się to ich życie.
Dobrowolne bieganie to cecha światłych, zamożnych społeczeństw. Czyli idziemy w dobrym kierunku.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego typu świadectw i „kamingautów” jak niniejszy wpis jest teraz w Polsce sporo. Wiele osób biega i wiele osób o tym pisze z entuzjazmem.
I dobrze.
Ja zacząłem dość późno i od zera absolutnego. Nienawidziłem biegania, teraz tęsknię za swoją kolejną godzinną przebieżką. Długą i ciekawą drogę przebyłem.
Polecam każdemu.
Jak zrobić karierę w Hollywood, nie ruszając się z domu
Opublikowane: 25 marca 2012 Filed under: Filmy, Scenopisarstwo | Tags: aktor, film, hollywood, kariera, kino, reżyser, scenarzysta 20 Komentarzy
Co jakiś czas dostaję maile z podobnymi zapytaniami – „Napisałem świetny scenariusz na film amerykański, co mam z nim zrobić?” albo „Wymyśliłem serial na rynek amerykański, gdzie mam z nim uderzyć?” albo „Napisałem treatment filmu, którego nie da się zrobić w Polsce, potrzebny jest hollywoodzki budżet, gwiazdy i efekty specjalne, co mam zrobić?”
Potrzeba mierzenia wysoko i zawojowania świata zupełnie mnie w ludziach nie dziwi. Wręcz przeciwnie, uważam, że to bardzo cenne i sensowne nastawienie. Warto mieć marzenia i starać się je realizować. Dlatego postanowiłem spisać tu kilka przemyśleń odnośnie robienia kariery w Hollywood – nie tylko w zawodzie scenarzysty, ale w przemyśle filmowym w ogóle.
Oczywiście nie mam w tym względzie jakichkolwiek doświadczeń. Nigdy nie zrobiłem kariery za granicą. Nigdy się też o nią nie starałem. Ale byłem tam, wygrałem w Stanach konkurs scenariuszowy, sprzedałem prawa do remake’u dużej wytwórni i mam w tej sprawie kilka przemyśleń i obserwacji, które być może komuś trochę rozjaśnią w głowie.
Otóż, po pierwsze, primo, najważniejsze – jeśli chcesz zrobić karierę w jakimś konkretnym miejscu, bez względu na branżę, spakuj walizkę i jedź tam.
Proste, nie?
Nie da się zrobić kariery w Hollywood korespondencyjnie. Trzeba ruszyć zadek z miejsca i polecieć tam na dłuższy czas. Zaocznie nie da się zostać gwiazdą.
Po drugie, primo – jeśli jesteś scenarzystą albo aktorem, to musisz znać język angielski w stopniu natywnym. To znaczy musisz posługiwać się angielskim, jakby to był twój pierwszy język, wyssany z mlekiem matki.
Jeśli jesteś reżyserem, operatorem, kompozytorem czy kimkolwiek innym, to twoje kompetencje językowe nie mają większego znaczenia. Wystarczy umieć się porozumiewać.
Jedyną polską aktorką, której jak dotąd udało się zostać gwiazdą w Hollywood była Apolonia Chałupiec (vel Pola Negri) i było to w czasach kina niemego. Nikt więc nie musiał słuchać, jak kaleczy angielski. Jest oczywiście kilkoro polskich aktorów (aktorek), którym udało się zaistnieć i popracować trochę w Hollywood, ale żaden (żadna) z nich nigdy nie doszedł do statusu gwiazdy.
Jest natomiast spora ilość operatorów, reżyserów, kompozytorów i innych filmowych profesjonalistów, którzy z dużym powodzeniem pracują za oceanem.
Łączy ich jedno – w pewnym momencie swojego życia spakowali walizkę i tam pojechali. Na stałe.
Polskich scenarzystów odnoszących sukcesy w Hollywood nie znam. Jeśli ktoś zna jakiś przykład, to proszę o podanie w komentarzu. Nie znam również przypadku, żeby ktoś pisał dla Hollywood po polsku, potem był tłumaczony na angielski i korespondencyjnie sprzedawał swoje teksty w Stanach.
O takim cudzie nie słyszałem (również byłbym wdzięczny za podanie ewentualnych przykładów).
Jest natomiast inny, całkowicie niezawodny i pewny sposób na zrobienie kariery w Hollywood bez ruszania się z domu. Bez względu na to, czy jesteś aktorem, scenarzystą, reżyserem, czy kimkolwiek innym. Jest to sposób stary jak samo kino i wielu wielkich artystów filmu z niego skorzystało (byli też tacy, którzy nie skorzystali).
Otóż trzeba robić świetne filmy w języku ojczystym. Trzeba je robić we własnym kraju. Trzeba je robić na światowym poziomie. I jak już ten świat dostatecznie mocno zadziwimy własnym talentem, to wtedy zadzwonią z Hollywood i nas tam zaproszą. Będą błagać, żebyśmy przyjechali ;-)
I tak jest zawsze lepiej.
Sytuacja krytyczna
Opublikowane: 13 marca 2012 Filed under: Filmy | Tags: film, kino, krytyk filmowy, Krytyka, premiera, producent, promocja, skandal, sąd, zdrowy rozsądek 28 Komentarzy
Sytuacja jest trudna.
(Uwielbiam to zdanie i lubię od niego zaczynać tekst :)
No więc sytuacja w moim filmowo-rozrywkowym środowisku jest trudna, złożona, nabrzmiała i rozwojowa.
Otóż pewien nadużywający uroczego uśmiechu krytyk filmowy, po obejrzeniu „komedii w 3D”, napisał kilka zdań na jednym z popularnych portali społecznościowych. Nie była to recenzja, mam duży szacunek dla dziennikarskiego rzemiosła, więc nazwę ten tekst „wpisiorkiem”.
W pełnych egzaltacji słowach uśmiechnięty krytyk dał wyraz swojemu oburzeniu, zniesmaczeniu i zażenowaniu spowodowanemu obejrzeniem „komedii w 3D”. Co gorsze, na końcu swojego wpisiorka rzucił na film klątwę, według której nikt na niego nie przyjdzie do kina, bo „komedia w 3D” na to nie zasługuje.
Dotknięty do żywego scenarzysta „komedii w 3D” stawił się jakiś czas potem w studiu telewizyjnym, żeby zmierzyć się z nie wiadomo po co uśmiechającym się krytykiem filmowym i udowodnić mu błyskotliwością argumentów, że jego film nie zasługuje na tak straszliwą klątwę.
Oczywiście scenarzysta poległ. Chłopisko nie jest przyzwyczajone do dyskutowania przed kamerami, a krytyk bezlitośnie wykorzystał swoje większe doświadczenie w tym względzie. Tak bywa w telewizji.
Wkrótce po tym producent „komedii w 3D” rozczarowany wynikiem otwarcia filmu w kinach (73 tysięcy widzów w pierwszy weekend) zapowiedział pozwanie krytyka do sądu. Domaga się kilku milionów złotych odszkodowania za śmiertelną klątwę. Co ciekawe, producent ten musi być przekonany, że krytyk taką kwotą bezproblemowo dysponuje – po co inaczej by go o nią pozywał?
W tym samym czasie młoda reżyserka pewnego filmu o miłości również dała się namówić na morderczą dyskusję przed kamerami z innym krytykiem filmowym o tym, czy jej dzieło jest dziełem, czy może nie-dziełem, czy może jeszcze czymś innym. Czy jest to film ładny, czy też nie, czy się udał, czy nie i co autor tego filmu miał na myśli, a czego nie miał.
Ręce mi opadły.
Czy już naprawdę ogólna histeria tak wszystkim zaciemniła umysły, że nie potrafią się zachować sensownie w prostej sytuacji!?
Oto sześć dobrych rad na tego typu ewentualności. Piszę je tu z dobrego serca i doświadczenia. Leży mi na sercu los polskiej branży filmowo-rozrywkowej, bo jestem jej częścią, a takie sytuacje jak opisane powyżej z pewnością nikomu nie służą.
Rada dla twórców – Nigdy, przenigdy nie tłumacz się przed kamerą ze swojego filmu. Nie broń go, nie analizuj i nie dekonstruuj. Zrobiłeś film i ma się on obronić sam. Jeśli promujesz akurat swój film w mediach, to rób to na własnych zasadach. Nie daj się wciągać żądnym krwi prezenterom w ich gierki. Taktownie, stanowczo i inteligentnie kieruj rozmową. Jeśli tego nie umiesz, nie chodź do telewizji.
Rada dla krytyków – Zamiast pisać egzaltowane „wpisiorki” na Facebooku z klątwą w puencie, piszcie proszę prawdziwe, merytoryczne recenzje. Jak nie potraficie, to nie piszcie nic.
Rada dla producentów – Kampania marketingowa oparta na zdecydowanie negatywnej konotacji promowanego filmu to grząski teren. Niewielu wróciło z takiej przygody z tarczą. Nie pakowałbym się w coś takiego. Promocja przez skandal owszem, działa w dzisiejszych czasach, ale trzeba umiejętnie dobierać skandale.
Rada dla widzów – Wybierając filmy do obejrzenia, słuchajcie intuicji i dobrych znajomych. Omijajcie trolli, haterów, anonimów, freaków i krytyków piszących nieprzemyślane wpisy na Facebooku.
Rada dla wszystkich – Jeśli nie macie pewności, jak się zachować w jakiejś sytuacji, zachowajcie się przyzwoicie, grzecznie i z szacunkiem dla drugiego człowieka.
Rada dla siebie – Dawać mniej dobrych rad innym.
I jeszcze morał:
Jeśli widz chce zobaczyć jakiś film, zawsze znajdzie drogę do kina. Będzie szedł w deszcz, śnieg, burzę i wichurę. I choćby spotkał na swojej drodze całe stado krytyków filmowych zagradzających mu drogę, przejdzie. Nie mogą mu przeszkodzić.
Lepiej?
Opublikowane: 11 marca 2012 Filed under: Aktualności | Tags: Blog, Content, rocznica bloga, wiosna, zmiana 21 KomentarzyNo więc, mało ostatnio piszę na tego bloga.
Nie wiem dlaczego. Potencjalnych powodów może być dużo. O istnieniu jednego wiem na pewno – otóż, jak nie ma się czegoś ciekawego do napisania, to lepiej nie pisać.
Jak nie ma się czegoś interesującego do powiedzenia, to lepiej wsadzić mordę w kubeł i milczeć.
Milczenie bywa intrygujące, znaczące, nieznośne, bywa również złotem. Moje milczenie jest po prostu wynikiem nieposiadania akurat żadnej oryginalnej, sensownej, WAŻNEJ i ciekawej myśli, którą mógłbym się podzielić z czytelnikami tego bloga.
Oczywiście nie oznacza to, że w mojej głowie nie zachodzą już żadne myślowe procesy o w miarę przyzwoitym stopniu złożoności. Zachodzą. Jest ich nawet sporo. Niestety, w odróżnieniu od licznych dzisiaj wydawców kontentu, prowadzę dość restrykcyjną politykę wydawniczą. Nie strzępię sobie klawiatury po próżnicy. Nie nadaję tylko dlatego, że mam ramówkę. Nie publikuję, żeby wypełnić rytm publikowania. Nie piszę tu, bo muszę, bo zarabiam, bo oglądalność, klikalność, reklamy, etaty i dzieci płaczą.
Piszę tu wtedy, kiedy mam coś ciekawego i istotnego do napisania. Piszę tu wtedy, kiedy przeczuwam, że zgłębiana akurat myśl ma szansę przetrwać swą sensownością dłużej niż tydzień. Może nawet miesiąc. Innymi słowy, nie interesuje mnie błyskotliwe komentowanie wypadków doraźnych.
Oczywiście zdarza mi się chlapnąć jakąś publicystyką w szybko-mknących „streamach” social-mediów, ale przecież do tego właśnie te miejsca służą. Do ględzenia.
Tutaj nie ględzę. Tutaj nie szumię. Nie dokładam się tu do ogólnego zgiełku.
A ponieważ zbliża się trzecia rocznica powstania tego bloga, postanowiłem trochę go pozmieniać.
Wyszedłem szerokim frontem naprzeciw wzbierającej już od dawna modzie na webowy minimalizm i postawiłem na „lejałt” jednokolumnowy ze skromną stopką na spodzie. Do tego dodałem szczyptę fontowych, jakże modnych dzisiaj, ornamentów i „voila!” – jest nowy „dizajn”.
W zamierzeniu ma być przede wszystkim CZYTELNIEJ. Bo to blog przeznaczony do czytania.
Dajcie więc znać, czy jest czytelniej, modniej, zajebiściej i bardziej czarująco ;-)
Dodatkowo dodałem stronę „Archiwum” – po blisko trzech latach należy się blogowi taki spis treści, tym bardziej, że stare, prastare i prehistoryczne wpisy wciąż są czytane i wciąż ktoś ich potrzebuje.
I to tyle, co miałem do zakomunikowania w tę wietrzną, przejrzystą, marcową niedzielę.
Nadmienię tylko, że pisanie tego wpisu umilało mi tanie, ale całkiem pyszne bordeaux. A za warstwę audialną odpowiadała pani Joni Mitchell ze swoją płytą „Shine”, która od daty premiery w 2007 nie daje mi spokoju.
Trzymajcie się ciepło. Wiosna wszystko zmieni.
Zamordyzm!
Opublikowane: 24 lutego 2012 Filed under: Kreatywność, Scenopisarstwo, Życie | Tags: Alchemia Kreatywności, charakter, demokracja, dyscyplina, Kreatywność, niewola, pisanie, twórczość, wolność, życie 19 KomentarzyWolność jest na ustach wszystkich.
Pieścimy to słowo, odmieniamy czule przez wszystkie przypadki, wykrzykujemy je w ulicznych demonstracjach, wypisujemy krwią na sztandarach i szepczemy w szczerych modlitwach wprost w Boże uszy we wszystkich językach świata.
Wsadzamy znaczenia słowa „wolność” w całą masę innych słów, które czcimy i wielbimy na równi z tym oryginalnym: „demokracja”, „wolny rynek”, „tolerancja”, „bezstresowe wychowanie”, „swoboda”, „liberalizm”, „przyzwolenie”, „róbta co chceta!”, „wolność słowa”, „wolność zgromadzeń”, „wolność gospodarcza”, „swoboda obyczajowa” i tak dalej, i tak dalej.
I powiem wam, że zawsze (w zasadzie) jestem za „wolnością”. Zanim stałem się zagorzałym pragmatykiem, byłem przez długi czas liberałem. Czasami nawet ultra-liberałem, libertarianinem, libertynem i liberało-konserwatystą – kochałem „wolność” ;-)
Sęk w tym, że bez zamordyzmu się nie da.
Nie da się i już.
Bez zdecydowanego, silnego złapania człowieka za mordę, człowiek ten nie ma szans dojść w życiu do czegokolwiek wartościowego. Niczego się nie nauczy, niczego nie stworzy, nie zachowa zdrowia i sprawności, nie utrzyma rodziny, nie wychowa dzieci, nie ma szans na długoterminowy sukces.
Tylko brutalny zamordyzm może zapewnić szczęście wolnemu człowiekowi. To ci dopiero paradoks, nie?





